expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

niedziela, 28 sierpnia 2016

Figueres - Salvador Dali - turystyka regionalna


Znacie gościa z modnych ostatnio tatuaży? Takiego z długaśnymi spiczastymi wąsami i spojrzeniem wariata? To właśnie Salvador Dali. 
Jednym będzie się jego sztuka podobała, innym niekoniecznie. Kwestia gustu. Jednak obejrzenie muzeum, gdy ma się do niego kwadrans drogi należy zaliczyć do obowiązkowych.
Co zabawne jakiś czas temu mieszkaliśmy w Figueres, gdzie to muzeum się znajduje i kopułę widziałam z tarasu. Wtedy miałam za  daleko. No cóż. Czas na pierwszą wizytę przeszedł trochę później. Ostatnio wybralam się z moimi letnikami po raz kolejny. Tym razem Młody został w domu, matka zrobiła angielskie wyjście.

Muzeum nie jest drogie. Wejściówka dla dorosłych to 14 euro, dla młodzieży 10 euro.
Uważam, że stosunkowo niedrogo. 
Obsługa muzeum sugeruje czas 1,5 h na zwiedzenie całości i jest to całkiem trafione.
Muzeum jest otwarte do 20.00. 
Tym razem weszłyśmy bez kolejki, jednak przy mojej poprzedniej wizycie w południe i latem musiałam odstać swoją godzinkę w kolejce po bilety. Mimo wszystko warto.
Może nie warto w środku lata pchać się z trzylatkiem, czy z mniejszym bebem, ale już mojej dwunastoletniej siostrzenicy bardzo sie podobało.

Zdjęć nie zrobiłam dużo. Bieganie po muzeum z aparatem w momencie, kiedy coś się widzi kolejny raz może mieć sens, jeśli dysponujesz dobrym aparatem. Mój jest słaby, a umiejętności jeszcze słabsze. Także ten. 
Porządne zdjęcia znajdziecie w necie.
Zrobione przez profesjonalistów i w okresie, jak nie ma zwiedzających.


No i poniżej macie kilka fotek baby zasłaniającej eksponaty.
Auto moich marzeń i pomysł na sypialnię inną niż wszystkie.
 

 










czwartek, 25 sierpnia 2016

Sezon na leszcza Odc.2

Nie byłabym sobą, gdyby gdzieś w tym wakacyjnym urlopowym zamieszaniu nie powstał jakiś bliżej nie określony projekt DIY. Norma, po co odpocząć, jak można się zmęczyć.
W początkowych zamierzeniach miał powstać kącik marynarski. W końcowym efekcie powstał kącik praktyczny. W sporej części marynarski, jednak nie do końca.
Część winy ponosi oczywiście sezon na leszcza o którym pisałam tutaj i moje do tego sezonu upodobanie, a może to Zara Home jest winna.
Tym sposobem przedstawiam Wam Sezon Na Leszcza odc.2 kreatywny.
Ze starej szuflady zrobiłam półkę, ze skrzynki po winie (która z pewnością wielu z was podobała się w wersji oryginalnej, jednak mi tutaj bardziej pasowała stuningowana) zrobiłam półkę/skrzynkę dekoracyjną, stary kosz pomalowany na biało pełni funkcję kosza na buty i przybory do ich czyszczenia "na szybko", serduszkowa tacka ze sklepiku "Wszystko za 1 euro" to miejsce na klucze i drobniaki z kieszeni, podobnie, jak ptasie lusterko zakupione podczas kręcenia pierwszego odcinka Sezonu Na Leszcza. 
Podczas kręcenia tego odcinka zakupiłam dwa lustra. Każde za 9,99. No, jak miałam nie kupić. Sami powiedzcie. Kupiłam stateczek, za piątkę chyba. Kupiłam wieszaki, każdy za dwa, trzy euro. 
Kapelusze nie są elementem dekoracji, moje chłopaki nie ruszają się bez nich z domu. Podobnie, jak okulary.
Moje, jak niertudno się domyślić są torby. Może trochę jarmarcznie, ale znam siebie. Komoda w swoich czeluściach miała mieścić właśnie torby i mieści. Te, których nie używam. Te noszone na codzień lądowały na niej, bądź na schodach, więc zrobiłam im wieszaczki, przynajmniej się nie walają.
Lampa naftowa wygrzebana z czeluści domostwa podobnie, jak zardzewiały świecznik.
Wazonik na kwiaty z pomalowanego słoiczka po jogurcie i kawałka sznurka.
Jedno z luster dostało kawał sznura ze sklepu z akcesoriami brico, jako zawieszkę i trochę lepiej wpasowuje się dzięki temu w klimat.
Półka oddzielająca schody została swego czasu zrobiona przez ślubnego. Potraktowałam ją farbą do chalkpaint i papierem ściernym, ponieważ w ciemnym brązie nijak mi nie leżała. Takich też farb użyłam do szuflady, tacki z serduszkami i skrzynki po winie.
Domki zrobiłam z kawałków desek.
Muszle przytargałam z dziedzicem z plaży.
Dla dociekliwych, tak. Parkiet kuleje, brakuje mu listew i wcale nie mam zamiaru mu ich dokupić. Dlatego, że parkiet też mi nijak nie leży i po prostu chcemy go zmienić. Póki co leży sobie bez listew i wcale się nie skarży.
Schody również kuleją. Nie są skończone. W moich marzeniach zostaną skończone już zaraz. W rzeczywistości to nie wiem. Na tą chwilę są, jakie są i jakos musimy je zaakceptować. Zanim posypią się gromy, przypomnę Wam, że w naszym domu wszystko robimy sami, więc i schody zrobimy. Już niedługo. Serio.









Sznur z marketu budowlanego świetnie się nadał.

Takie piękne wieszaki w zarze mieli:



Moje cudne schody, które u wszystkich odwiedzających wywołują dreszczyk emocji
(jak tu się na nich nie zabić)


Gdyby kapelusze były dekoracyjne byłyby takie chic i w ogóle, ale to nasze nakrycia głowy, więc jest jak jest.





A na koniec pytanie za 100 punktów. Co robi Polak na urlopie? No remont robi, a co innego! Może tym sposobem przestane narzekać, że mam problem z urlopem?

środa, 24 sierpnia 2016

Co robimy wieczorami

Mieszkając dwadzieścia minut od wybrzeża będąceego celem wielu europejskich urlopowiczów nie można się denerwować. Wiecie, że najlepszy sposób na pospolity wk@rw to dwudziestominutowa wycieczka autem do jakiejś fajnej miejscowości. Tym razem padło na wieczorny spacering brzegiem morza.
L'escala jest pięknym miasteczkiem, pełnym małych miejskich plaż, nie brakuje w niej oczywiście tradycyjnej szerokiej piaszczystej plaży z wysokimi hotelami. Ale ta jest tak zapchana latem, że odpuszczamy. Zresztą dla  nas to chleb powszedni, na spacery wolimy inne klimaty. Rzucanie kamieniami do wody jest o niebo fajniejsze. Skakanie z kamienia na kamień też.
Tradycyjnie powiem oczywiście, że  wolę ją wiosną i jesienią. Nie chodzi o to, że nie ma turystów. Są, nawet zimą są, ale nie w takiej ilości.
L'escala to nasz stały cel wypadów. Z pewnością zadedykuję jej jeszcze niejeden tekst, bo od sześciu lat jestem nią oczarowana. Zresztą co, jak co, ale na brak takich perełek nie mogę narzekać.
I pomyśleć, że kiedyś byłam typowo miejskim stworem.
To się chyba starość nazywa.
Polecam Wam więc kolejną miejscówkę na Costa Brava.
W dalszym ciągu  pozostaję bez pomysłu na urlop, który a propos zaczęłam właśnie dziś.









piątek, 19 sierpnia 2016

Moje okolice

Pisałam ostatnio, że mam problem z wakacjami. No i mam. Ciężko wybrać się na jakiś urlop w rozsądnej cenie, gdzieś nie zbyt daleko, mająć takie widoki na jakimkolwiek spacerze.
Girona jest piękna, ja najbardziej lubię ją jesienią, jak na ulicach smażą kasztany i jest mniej ludzi, choć miasto nigdy nie zamiera, wiecznie tętni życiem i mam przyjemny klimat. Turystyczny, ale nie przytłaczający.
Z pewnością jest miejscem godnym do zaznaczenia na mapie, jako warte obejrzenia.
Pokażę Wam tylko skrawek.
Nie zrobiłam też zdjęć tych wszystkich pięknych zabytków, które wczoraj mijaliśmy.
Jako, że dla nas to po prostu wypad dwadzieścia minut od domu, na przedpołudniowy spacer i obiad, nie pomyślałam. Muszę zacząć myśleć o blogu na takich spacerach, by móc się z Wami podzielić tym co tutaj mam.

Krótka fotorelacja z wczorajszego dnia wygląda tak:


Tuż obok jest słynny most zaprojektowany przez Eiffla, ale kiepscy z nas turyści, poszliśmy niewłaściwym. Mało tego, patrzyliśmy sobie na eifflowy most i nawet nie psrtyknęłam mu fotki. Wiecie, jak to jest, jak się ma coś pod nosem, to się o tym nie myśli w kategorii turystycznej. Podobnie miałam z muzeum Salvadora Dali, kiedy z tarasu mieszkania w Figueres widziałam jego kopułę. Przez dwa lata mieszkając dosłownie 300 metrów od muzeum, jakoś nie wyszło mi odwiedzenie. Zwiedziłam przypadkiem, dużo później.


Dla Mlodego i tak najważniejsze były pływające w rzece ryby :)








A tu były kamienie. Tyyyle kamieni i można było je zbierać i do kieszeni chować. Bomba.


Tutaj też były kamienie, ze zbieraniem jak się okazało sprawa była bardziej skomplikowana


 Dziedzic zawiedziony wpatruje sie w kamienie, które nijak nie chcą dać się zebrać.





Wróżę mu karierę w modelingu :D 
"mama foto!"





piątek, 5 sierpnia 2016

Butterfly Park Empuriabrava - takie inne Zoo

Niedaleko nas jest takie fajne miejsce. Link do oficjalnej strony http://www.butterflypark.es/ca/ Otwarte przez cały rok od dziesiątej rano do zachodu słońca. Taki inny ogród zoologiczny. Motyli i ptaszny z jaszczurkami, żółwiami i przepiękną florą. Bilety za 9,50 euro dla dorosłych, za 7,50 euro dla dzieci od 4 do 11 lat.
Do niedawna myślałam, że młody jest za mały na takie rozrywki. Jednak po tak udanej wycieczce do Zoo w Barcelonie (relacja tutaj) stwierdziliśmy, że już można go zabrać.
Są motyle, ptaki wszelkiego rodzaju, trochę różnych jaszczurek i przepiękne kwiaty, żółwie i minisarenki.
Można zainwestować w kubeczek z nektarem i dać się obsiąść papugom. Odradzam wizyty w misternych uczesaniach, ptasie pazury to niezbyt wyrafinowany grzebień, a skutecznie porafią zwalczyć każdy super koczek. 
Zwierząt można dotykać, głaskać, można dać się ugryźć papudze (to akurat moja specjalność).
Nie można dotykać motyli, wiadomo. Choć Młody próbował.
Nietoperzy raczej też nie, choć te nie stawiają oporu i raczej nie mają nic przeciwko temu.
Zdjęć nietoperzy nie zrobiłam ze względu na zakaz używania lampy.
Fakt, że zwierzęta nie są zamknięte, że można ich dotknąć sprawił Młodemu kupę radości. Na pewno wrócimy z nim niedługo.
Nie ma co za dużo pisać, popatrzcie.
  
Oto jak było.






Żółwie też dały się pogłaskać




Ta oto koleżanka uparła się poobgryzać mi aparat. Jednak później pięknie pozowała.










Tukan też lubił się do zdjęcia ustawić








I na koniec koleżka, który nie odpuszczał i biegal za nami po alejkach, na imię ma Wiktor :)