expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 26 września 2016

Zupełnie inny hotel



Z cyklu Hiszpania z innej bajki, czyli wycieczki raczej bliskie niż dalekie przygranicznej wieśniaczki.
Dziś bardzo krótka relacja z wypadu do Mas Torrencito w wiosce obok.
Zaczarowane miejsce na wakacje z psem.
Albo z dwoma psami.
Albo z pięcioma, dwójką dzieci i resztą ferajny.
Przespałam całe sobotnie popołudnie, niestety soboty w moim wykonaniu są właśnie w tym stylu.
Nie,  nie uchlałam się, bo "piątek, piątunio, piąteczek". Sobota to najgorszy dzień w mojej pracy. Także mniej więcej raz w miesiącu zaliczam knock out. Wracam z pracy, kładę się na chwileczkę i więcej grzechów nie pamiętam.
Tak było i ttym razem. Stwierdziłam, że skoro już się wyspałam, to można wyskoczyć na małe conieco i padło na Mas Torrencito.
Jeśli wybieracie się na wakacje z psem, to nie znam lepszego miejsca.
Poza tym hotelik położony jest w bajkowej scenerii, ma basen, świetną obsługę i genialny klimat. 
Nikt Wam nie powie, że pies nie może. Bo pies właśnie może, ewentualnie poproszą, by rzeczonemu psu w zabawie nie przeszkadzać :)
Wszystko w granicach rozsądku oczywiście.
Jest czysto, wszelkie okrycia na sofach, poduszki, prane są codziennie a każdy psiak ma swoje wyro.
Słowem hotel, jakiego jeszcze nie widziałam. 




 

poniedziałek, 19 września 2016

wyprawka




Dziś, jako że grypa nas powaliła siedzę sobie z herbatką zmuszając dziedzica do zabaw w czterech ścianach (zadanie niełatwe, gdy za oknem słońce a ja nie mam siły biec za rowerem) i na wspominki mi się wzięło.
Coraz częściej natrafiam w sieci na artykuły o tematyce wyprawkowej.
Wiecie, że takie wyprawkowe prezenty zamiast przynosić mi radość stresują mnie okropnie od jakiegoś czasu? Serio, całe to protestowanie, narzekanie spowodowało, że gdzieś zagubiła się esencja całego zamieszania. Prezent dla nowego człowieczka.
Owszem są osoby, z którymi nie mam takiego problemu, ale stanowią rzadkie wyjątki.  
 Zazwyczaj, to że tandeta, że pewnie na ostatnią chwilę w szpitalnym sklepiku kupione, że to, że tamto, strach się bać.

Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że nie jestem typową matką. 
Wiecie, milion misiów, kocyków, nie podbających się mamom ubranek. 
Też tak miałyście? Ja nie. 


Moje dziecko nie zostało poinformowane, które misie w jakiej kolejności przyjechały z nim z porodówki, ale wśród nich ma jednego takiego, który "bardzo kocha" i jak Młody ma jakąś taką ochotę na przytulanie misiowe, co nie za często sie co prawda zdarza, ale jednak, to właśnie bierze  tego, co kocha.

Pozostałe odegrały bardzo sympatyczną rolę we wczesnym dzieciństwie. Miałam to szczęście, że była i krowa i owca/mama i sowa i pies i mini owca, która pełniła rolę owcy dzidziusia. Nie były wcale takie złe.

W prezentach były body i koszulki, straszne upały były w lipcu. Mogłam rzadziej prać mając taką ilość ciuszków.

Nie zużyły się, oddałam nowe zadowolonym nowym mamom. 
Pampersy, wiecie za duże to musiały poleżeć, doleżały się swojego czasu. Inne niż te, których używałam pozwoliły na sprawdzenie nowej marki. Nie zmieniłam zdania w tym zakresie, ale przynajmniej wyrobiłam sobie opinię. 


Kwiaty. Kto nie lubi kwiatów? 
Kosmetyki bebowe, no przecież to sama słodycz. Za dużo? Dorosła skóra też przyjmuje i świetnie pachnie. Serio. Nawet mój ślubny polubił. Okazało się, że młody ma atopowe zapalennie skóry i my dorośli mieliśmy używkę z całą gamą bebowych pachnących balsamów, płynów do kąpieli itp.

Że co, że odebrano mi radość latania po sklepach w celu skompletowania garderoby nowo przybyłego? Hmm no nie wiem, średnio ja miałam czas i chęci na bieganie przymusowe, a takie na spokojnie było dużo przyjemniejsze. 
Przy tych wszystkich prezentach oszczędzono mój czas i nerwy.
Nie wspominam już o aspekcie ekonomicznym.
Naprawdę tak uciążliwe są?  
Czy to już jest takie narzekanie na zasadzie "Bo tak". Nie jestem specjalnie ugodową, ani mdłą postacią. Gdy coś i nie pasuje mówię, czasami wręcz zbyt dosadnie. 
Z tymi prezentami nie miałam do czego się przyczepić.
No dobra rozumiem skrajne przypadki, gdy na porodówkę ładuje się pięciu kolesi męża z dwumetrowym miśkiem grającym jakąś durną melodyjkę. Ale to są naprawdę skrajne sytuacje.

Jestem dziwadłem, czy internet kłamie?

Zdjęcia oczywiście takie piękne, że wiadomo - nie moje. Pochodzą z banku Rudej http://www.jestrudo.pl/

 




sobota, 3 września 2016

Jarzębina

Nostalgicznie dziś. Na boisku mojej podstawówki rosły jarzębiny. Korale robiliśmy.
Skakaliśmy przez płot uciekając przed woźnym. 
Za szkołą robiłyśmy "sekrety" ze znalezionych kawałków szkła i kwiatków. 
A w korzeniach drzew przy starym browarze robiło się świetne domki.
W późniejszych latach za salą gimnastyczną popalaliśmy papierosy. 
Na szkolnych dyskotekach ja osobiście podpierałam ściany i spuszczałamm wzrok robiąc się czerwona jak pomidor, gdy ktoś "zagadał". 
Potem zaczęłam się garbić. To dlatego, że przerosłam wszystkich w klasie. 
Nosiłam rurki i koszule w kratę. Nie miałam butów sportowych znanej marki i  miałam to głęboko w poważaniu. Niektórzy mieli. Ale nie wszyscy. 
Do szkolnego sklepiku na przerwach biegałam po słodycze, podstawowy element diety dziecka. 
Skakałam w gumę, kiepsko zresztą, ale z zapałem. Kiedy krowa dawała czarne mleko zawsze musieli mnie dopaść, jako jedną z pierwszych. Za to, gdy przychodziła pora oddawania wypracowań z polaka byłam spokojna. Zdarzało mi się takie wypracowanie na kolanie napisać. 
Miałam problemy z matmą.
Podziurawiłam sobie palce zszywaczem robiąc okładki na książki w szkolnej bibliotece. 
Nienawidziłam higienistki i szkolnej dentystki. 
Ale miałam zwolnienie z fluoryzacji. 
Chuda byłam okropnie, chłopaki się ze mnie śmiali. 
Do tego mówiłam tak cicho, że też się śmiały nawet dziewczyny, że moje "czść" było niewidzialne i niesłyszalne. 
A mówili na mnie klakier. Bo drapałam. 
Co okrutniejsi nazywali mnie królikiem ze względu  na górne jedynki. 
Po latach zakompleksionego schylania głowy przyznaję im rację, jedynki mam niebylejakie. 
Nie nosiłam aparatu, w tych czasach nieliczni nosili. Ci co nosili, dopiero mieli ciężkie życie. 
Złamałam rękę. Jakieś szesć razy.
W ósmej klasie napyskowałam pani od geografii. Sama byłam zaskoczona, że tak mnie poniosło, pojechałam po całości.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy po wakacjach, w nowej szkole czekając przed klasą zobaczyłam ją zmierzającą ku nam z kluczami i dziennikiem. Miałam kilka takich wpadek. Takich i grubszych.

W ciągu ośmiu lat podstawówki zawarłam najpiękniejsze znajomości w całym moim życiu. Nigdy później nie spotkałam takich ludzi. Wiśnia, Maja, Ziomek, Fryta, Mery, Natalia i Madzia i Jachowa i Ernia. Nie wymieniam wszystkich, bo nie da się. Stworzyli moje wspomnienia. Piękne wspomnienia. Może to śmieszne, ale z wieloma z nich mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie ważne, że rozjechaliśmy sie po świecie, że mamy dzieci, mężów, żony, rozwody i inne perypetie. Nadal wpadam właściwie bez zapowiedzi. Nikt się nie krzywi.
Teraz tak sobie czytam na fejsie te memy o nieszczęśliwych dzieciach idących do szkoły i szczęśliwych rodzicach, bo wolna chata. No tak mamy, ale serio? Bo ja mam wrażenie, że gdyby ktoś nam zaoferował powrót, to może jedna na sto osób by odmówiła.

Później w ogólniaku już było inaczej, chociaż ja miałam szczęście. Małe miasteczko rządzi sie swoimi prawami. Moje przyjaźnie przetrwały, doszły nowe. Zamiast na trzepaku spotykaliśmy się na kręgielni (z kręgielnią nie miała nic wspólnego, organizowano tam za to młodzieżowe dyskoteki, takie do 12, lub max do 2 w nocy)
Zafarbowałam włosy na rudo.
 Na przerwach biegałam do cukierni po eklery. I po pączki z lukrem.
Anka śpiewała na "okienkach", jak siedziałyśmy schowane gdzieś na końcu korytarza. Matko, jak ona śpiewała. 
Ja nie umiałam śpiewać. Do dzisiaj nie umiem.
Nosiłam czarne paznokcie.
Notorycznie wylatywałam z lekcji biologii z nakazem zmycia lakieru.
uparcie wracałam z pomalowanymi paznokciami. Głupia. Oceny z biologii fatalne.
"Rzuciłam palenie" aż do klasy maturalnej.
Na wagary jeździłam do Gorzowa, do siostry.
Zamiast zimowej kurtki wolałam swoją dżinsówkę.
A do szkoły nosiłam idiotyczny plecaczek w rozmiarze dla trzylatka.
Właściwie chyba plecak mojego syna jest większy.
Znowu miałam problemy z matmą. 
Później poszłam na ekonomię. Głupia.
Adi i Karmel. I Anka co śpiewała i druga Anka, dziś bibliotekarka. I Kasia, którą wywiało na Cypr. Ziomek poszła do innej szkoły, dużo później wyjechała  na wyspy. Fryta do Poznania, Adi do Szczecina. Madzia dziś czasami się nade mną znęca, służbowo. Maja poszła do innej szkoły, odnalazłyśmy się po kilku latach, trzymamy sie do dziś. Wiśnia była w równoległej klasie. Po szkole nawet przez pewien czas mieszkałyśmy razem, ale o studenckich mieszkaniach to możnaby nie tyle osobny post napisać, co całą książkę. Do dziś wpadam do niej bez zapowiedzi. Już nie przypala wody w czajniku. Świetnie gotuje. 
Zmieniamy sie wszyscy, a jednocześnie jesteśmy tacy sami. Dla wybranych. Dla tych, co znaja nas od podszewki. Dla tych, co poznali nas, gdy jeszcze nie umielismy stwarzać pozorów. 
Jak ja zazdroszczę tym dzieciakom tego pierwszego września.
Tych przyjaźni, wspomnień, jarzębiny i skakania przez płot.


Nawet jeśli teraz wchodzi się na drzewo, żeby zrobić dobre selfie. To i tak trzeba na nie wejść.
Spadając można złamać rękę. Jak ja.

Tymczasem wrześniowo po wyjeździe większości zagramanicznych turystów plażymy się wieczorami łapiąc ostatnie dni wakacji.
Moje dziecię 12 września zaczyna szkołę.
W wieku trzech lat. Obadamy co to będzie.




niedziela, 28 sierpnia 2016

Figueres - Salvador Dali - turystyka regionalna


Znacie gościa z modnych ostatnio tatuaży? Takiego z długaśnymi spiczastymi wąsami i spojrzeniem wariata? To właśnie Salvador Dali. 
Jednym będzie się jego sztuka podobała, innym niekoniecznie. Kwestia gustu. Jednak obejrzenie muzeum, gdy ma się do niego kwadrans drogi należy zaliczyć do obowiązkowych.
Co zabawne jakiś czas temu mieszkaliśmy w Figueres, gdzie to muzeum się znajduje i kopułę widziałam z tarasu. Wtedy miałam za  daleko. No cóż. Czas na pierwszą wizytę przeszedł trochę później. Ostatnio wybralam się z moimi letnikami po raz kolejny. Tym razem Młody został w domu, matka zrobiła angielskie wyjście.

Muzeum nie jest drogie. Wejściówka dla dorosłych to 14 euro, dla młodzieży 10 euro.
Uważam, że stosunkowo niedrogo. 
Obsługa muzeum sugeruje czas 1,5 h na zwiedzenie całości i jest to całkiem trafione.
Muzeum jest otwarte do 20.00. 
Tym razem weszłyśmy bez kolejki, jednak przy mojej poprzedniej wizycie w południe i latem musiałam odstać swoją godzinkę w kolejce po bilety. Mimo wszystko warto.
Może nie warto w środku lata pchać się z trzylatkiem, czy z mniejszym bebem, ale już mojej dwunastoletniej siostrzenicy bardzo sie podobało.

Zdjęć nie zrobiłam dużo. Bieganie po muzeum z aparatem w momencie, kiedy coś się widzi kolejny raz może mieć sens, jeśli dysponujesz dobrym aparatem. Mój jest słaby, a umiejętności jeszcze słabsze. Także ten. 
Porządne zdjęcia znajdziecie w necie.
Zrobione przez profesjonalistów i w okresie, jak nie ma zwiedzających.


No i poniżej macie kilka fotek baby zasłaniającej eksponaty.
Auto moich marzeń i pomysł na sypialnię inną niż wszystkie.
 

 










czwartek, 25 sierpnia 2016

Sezon na leszcza Odc.2

Nie byłabym sobą, gdyby gdzieś w tym wakacyjnym urlopowym zamieszaniu nie powstał jakiś bliżej nie określony projekt DIY. Norma, po co odpocząć, jak można się zmęczyć.
W początkowych zamierzeniach miał powstać kącik marynarski. W końcowym efekcie powstał kącik praktyczny. W sporej części marynarski, jednak nie do końca.
Część winy ponosi oczywiście sezon na leszcza o którym pisałam tutaj i moje do tego sezonu upodobanie, a może to Zara Home jest winna.
Tym sposobem przedstawiam Wam Sezon Na Leszcza odc.2 kreatywny.
Ze starej szuflady zrobiłam półkę, ze skrzynki po winie (która z pewnością wielu z was podobała się w wersji oryginalnej, jednak mi tutaj bardziej pasowała stuningowana) zrobiłam półkę/skrzynkę dekoracyjną, stary kosz pomalowany na biało pełni funkcję kosza na buty i przybory do ich czyszczenia "na szybko", serduszkowa tacka ze sklepiku "Wszystko za 1 euro" to miejsce na klucze i drobniaki z kieszeni, podobnie, jak ptasie lusterko zakupione podczas kręcenia pierwszego odcinka Sezonu Na Leszcza. 
Podczas kręcenia tego odcinka zakupiłam dwa lustra. Każde za 9,99. No, jak miałam nie kupić. Sami powiedzcie. Kupiłam stateczek, za piątkę chyba. Kupiłam wieszaki, każdy za dwa, trzy euro. 
Kapelusze nie są elementem dekoracji, moje chłopaki nie ruszają się bez nich z domu. Podobnie, jak okulary.
Moje, jak niertudno się domyślić są torby. Może trochę jarmarcznie, ale znam siebie. Komoda w swoich czeluściach miała mieścić właśnie torby i mieści. Te, których nie używam. Te noszone na codzień lądowały na niej, bądź na schodach, więc zrobiłam im wieszaczki, przynajmniej się nie walają.
Lampa naftowa wygrzebana z czeluści domostwa podobnie, jak zardzewiały świecznik.
Wazonik na kwiaty z pomalowanego słoiczka po jogurcie i kawałka sznurka.
Jedno z luster dostało kawał sznura ze sklepu z akcesoriami brico, jako zawieszkę i trochę lepiej wpasowuje się dzięki temu w klimat.
Półka oddzielająca schody została swego czasu zrobiona przez ślubnego. Potraktowałam ją farbą do chalkpaint i papierem ściernym, ponieważ w ciemnym brązie nijak mi nie leżała. Takich też farb użyłam do szuflady, tacki z serduszkami i skrzynki po winie.
Domki zrobiłam z kawałków desek.
Muszle przytargałam z dziedzicem z plaży.
Dla dociekliwych, tak. Parkiet kuleje, brakuje mu listew i wcale nie mam zamiaru mu ich dokupić. Dlatego, że parkiet też mi nijak nie leży i po prostu chcemy go zmienić. Póki co leży sobie bez listew i wcale się nie skarży.
Schody również kuleją. Nie są skończone. W moich marzeniach zostaną skończone już zaraz. W rzeczywistości to nie wiem. Na tą chwilę są, jakie są i jakos musimy je zaakceptować. Zanim posypią się gromy, przypomnę Wam, że w naszym domu wszystko robimy sami, więc i schody zrobimy. Już niedługo. Serio.









Sznur z marketu budowlanego świetnie się nadał.

Takie piękne wieszaki w zarze mieli:



Moje cudne schody, które u wszystkich odwiedzających wywołują dreszczyk emocji
(jak tu się na nich nie zabić)


Gdyby kapelusze były dekoracyjne byłyby takie chic i w ogóle, ale to nasze nakrycia głowy, więc jest jak jest.





A na koniec pytanie za 100 punktów. Co robi Polak na urlopie? No remont robi, a co innego! Może tym sposobem przestane narzekać, że mam problem z urlopem?

środa, 24 sierpnia 2016

Co robimy wieczorami

Mieszkając dwadzieścia minut od wybrzeża będąceego celem wielu europejskich urlopowiczów nie można się denerwować. Wiecie, że najlepszy sposób na pospolity wk@rw to dwudziestominutowa wycieczka autem do jakiejś fajnej miejscowości. Tym razem padło na wieczorny spacering brzegiem morza.
L'escala jest pięknym miasteczkiem, pełnym małych miejskich plaż, nie brakuje w niej oczywiście tradycyjnej szerokiej piaszczystej plaży z wysokimi hotelami. Ale ta jest tak zapchana latem, że odpuszczamy. Zresztą dla  nas to chleb powszedni, na spacery wolimy inne klimaty. Rzucanie kamieniami do wody jest o niebo fajniejsze. Skakanie z kamienia na kamień też.
Tradycyjnie powiem oczywiście, że  wolę ją wiosną i jesienią. Nie chodzi o to, że nie ma turystów. Są, nawet zimą są, ale nie w takiej ilości.
L'escala to nasz stały cel wypadów. Z pewnością zadedykuję jej jeszcze niejeden tekst, bo od sześciu lat jestem nią oczarowana. Zresztą co, jak co, ale na brak takich perełek nie mogę narzekać.
I pomyśleć, że kiedyś byłam typowo miejskim stworem.
To się chyba starość nazywa.
Polecam Wam więc kolejną miejscówkę na Costa Brava.
W dalszym ciągu  pozostaję bez pomysłu na urlop, który a propos zaczęłam właśnie dziś.