expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 30 listopada 2015

Odnowa szafki nocnej


Z serii potrzeba matką wynalazku taki oto wynalazek.
Na dwóch etatach straciłam kompletnie możliwość napisania czegoś z sensem, poświęcenia czasu swojemu hobby. Jednak dziś jest mój ostatni dzień wolny w grudniu, więc uraczę Was takim oto cudeńkiem wytarganym z czeluści piwnic mojej superstodoły.
Tak oto wyglądała delikwentka nim położyłam na niej rękę.
Nie powiem, żeby zadanie usunięcia brudu i złogów starej farby było lekkie, łatwe i przyjemne, ale jakoś się udało.
Kolejnym krokiem było załatanie wszelkich dziurek po kornikach, których mój skarb miał chyba z milion.
Później już poszło łatwo. Flanelową szmatką wcierałam farbę do drewna aż do osiągnięcia efektu końcowego.
Praca zajęła mi kilka dni, ponieważ warstw farby jest kilka, a każdą z nich zostawiałam do wyschnięcia i delikatnie matowiłam papierem ściernym przed nałożeniem kolejnej.
Po wyschnięciu ostatniej warstwy całość potraktowałam jeszcze raz papierem ściernym.
Mojej szafce brakowało połowy uchwytu w drzwiczkach, zdecydowałam nie odrywać metalowej pozostałości po nim, tylko w miejsce brakującej części wkręciłam ceramiczną gałkę. 
Przy malowaniu trochę ucierpiały metalowe części, jednak stwierdziłam, że podoba mi się taki efekt i nie czyściłam ich do wysokiego połysku, którego osiągnięcie mogłoby zająć mi kolejny tydzień.





 Nikt nie powiedział, że taka szafka nocna musi być szafką nocną. U mnie nie jest. Stoi sobie w salonie i całkiem jej tam dobrze.

wtorek, 24 listopada 2015

zimowe dekoracje DIY part.1



Jako, że temperatura dzisiejszej nocy spadła do pięciu stopni sezon na zimowe dekoracje uważam za otwarty nawet na moim podobno cieplutkim wybrzeżu. Nie są jeszcze takie do końca świąteczne, ale już bardziej w temacie zbliżającego się grudniowego szaleństwa.

Do wykonania świeczników potrzebujemy:
  •  sznurka
  • kleju (fajnie, jak ktoś ma pistolet, ja nie mam)
  • farby akrylowej w kolorze białym (lub innym, wedle uznania)
  • kawałka gąbki
  • drewnianych ozdób(opcjonalnie)
  • słoiczków po jogurtach (mogą być inne słoiki, w dowolnych rozmiarach)
 Słoik malujemy farbą przy pomocy gąbki, tworząc wzór śniegu. Następnie owijamy sznurkiem wedle własnych upodobań, końcówki sznurka wiążemy, bądź przyklejamy klejem. Na całość przyklejamy drewniane ozdoby. Gotowe. Jakieś piętnaście minut czasu i mamy całkiem fajne świeczniki, by umilić zimowe wieczory.










niedziela, 22 listopada 2015

Matczyne mądrości, parszywa dwunastka



-No jak to Młody rok ma i jeszcze nie chodzi?
-No, nie widzisz, co zrobić-odpowiadam.
-No mój młody, no zgadnij, zgadnij.
-No, nie wiem - odpowadam tępo - mów.
-No 10 miał!
-Łał!- nie kryję zaskoczenia.
-Dobra uciekamy, bo wiesz lecimy do ortopedy właśnie...
-yhy...
-zmuś go trochę, zobaczysz, to  łatwe
-yhy, to pa



-przez pierwsze trzy lata dzecku nie potrzeba kontaktu z rówieśnikami
-mhm, no tak mama, tata, a jak ktos z dziećmi przyjdzie to do szafy schować
- pampers? Przecież już półtora roku ma!
- no ma
- ty, jak miałaś roczek już nie nosiłaś pieluchy
- biedna ja, tyle w temacie
- a kiedy drugie?
nołkoment

-Hej kawalerze, a chciałbyś siostrzyczkę?
nołkoment, z oczu lecą mi iskry, błyskawice, a może i siekiery nawet, robi mi się gorąco i generalnie rzecz biorąc jasny szlag mnie trafia


- ubierz czapkę, zapnij kurtkę
- jest 15 stopni, jak będzie zero to co zrobimy, mumie?


- daj mu paracetamol to się uspokoi
- on nie ma gorączki, ma zły dzień
-taa, zły dzień, daj mu, zobaczysz



-terpentyne do ucha wlej
-a może do pieca na trzy zdrowaśki go wpakuję?


- no z dwójką to byś zobaczyła jak jest
- mhm, ciekawe, jak sobie w takim razie radzą matki trojaczków?

- A karmiłaś?
- Nie głodny chodził...

- A jak rodziłaś?
- co robiłam? To one nie wpadają przez komin podrzucone przez bociana?


- no i jak się czujesz w roli mamy?
- ???

  



   






środa, 18 listopada 2015

10 pytań usprawniających komunikację z dwulatkiem



Jest sporo pytań, które w zależności od sposobu sformułowania czasami działają cuda w codziennym funkcjonowaniu naszej rodziny. Przygotowałam dla Was złotą dziesiątkę. Nazwijcie mnie manipulatorką. Część z nich z pewnością sprowadza się do nakłonienia dziedzica do wykonania czynności, jaką ja nie on ma w planie. Jednak obstaję przy swoim. Są to fajne pytania, wspomagające jego rozwój, zwiększające jego pewność siebie, samodzielność, utwierdzające go w przekonaniu, że jest moim cudnym księciuniem po wsze czasy. Danie możliwości wyboru, poproszenie o pomoc, powierzenie jakiegoś obowiązku zwiększają pewność siebie, stymulują rozwój i są czasami narzędziami na łatwe osiągnięcie z pozoru nieosiągalnych celów.
  1. Nie wyszło? Spróbujesz jeszcze raz? Mi też czasami się nie udaje. 

    Może uświadomienie Księcia, że mama nie jest superbohaterem, który wszystko potrafi niesie za sobą pewne ryzyko, jednak moje dziecię nie czuje się, jak fajtłapa jak mu coś nie wyjdzie, skoro supermamie też czasem nie wychodzi.

  2. Dasz radę sam? Spróbujesz? 

    Tak było z samodzielnym zakładaniem spodni, pierwszą samodzielnie zjedzoną zupą, zbieraniem klocków i milionem innych rzeczy. Podła zła matka czasami mówi "ubierz buciki, dasz radę sam?" i ma dziecko z głowy na 15 minut jeśli podsunie mu zimowe obuwie...

  3. Pomóc Ci? To chyba trudne/ciężkie.

    Wcale nie mam na myśli targania rowerka, czy taczki, czy tony innego badziewia przez pół miasta. W tych akurat wypadkach nie wiedzieć czemu moje dziecię rezygnuje ze swojej zosiosamosiowości na rzecz "mama, masz". Choćbym chciała zapytać, nie zdążę.
    Chodzi o te sytuacje, kiedy usilnie próbuje coś zrobić i widzę, że zniecierpliwienie przeradza się w frustrację ciągłymi porażkami.


  4. Dasz jeść Rokiemu?

    To jeden z codziennych obowiązków Młodego, który wykonuje z radością i mam wrażenie dumą z powierzonego mu zadania. Sprawa jest poważna, nikt w domu nie ma przywileju  otwierania pudła z karmą.

  5. Zdenerwowałeś się? Dlaczego? Opowiesz mi?

    W osiemdziesięciu procentach przypadków kryzys spowodowany histerycznym napadem płaczu, czy złości zostaje szybko zażegnany.

  6. Którą rzecz wolisz?

    Przy ubieraniu pozwalam Jego Maleńkości wybrać piżamę,  koszulkę, buty. Wychodząc na spacer pozwalam zabrać jeden samochód, nie osiem. Postawione w ten sposób pytanie ułatwia osiągnięcie celu (zmiejszenie wagi torebki mamy to bardzo szczytny cel, trzeba dbać o maminy kręgosłup). Są oczywiście przypadki, gdy w odpowiedzi słyszę "wszystkie" poparte wymownym tupaniem, tudzież buczeniem strażacko syrennym. Pewnie, że się zdarza. Ale komu nie? Młody za to ćwiczy sztukę dokonywania wyborów. Przyda mu się.
  7. Pomożesz mi w tym?

    Choćby miało to być trzymanie szufelki przy zamiataniu Młody z dumą i pełnym zaangażowaniem przystępuje do akcji "pomagamy mamie". Prawdziwy facet.

  8. Upadłeś? Bardzo Cię boli? Chcesz iść do domu/usiąść i odpocząć?

    Wiadomo, mamine buziaki są lekiem na wszelkie zło, ale czasami takie proste pytanie pozwala na szybką ocenę szkód. Jeśli nie jest źle przecież nie będzie siedział i odpoczywał, a tym bardziej szedł do domu.

  9. Smutno Ci? Przytulisz mamę? Będzie nam raźniej.


    Jeśli zapytam, czy chce się przytulić oczwiście dla samej przekory powie, że nie. Ale jak to mamę trzeba przytulić, to już inna sprawa.

  10. No i szczyt manipulacji złej, okropnej rodzicielki. Kochanie porysujesz trochę, a ja sobie kawę dopiję, zanim wystygnie?


    Można? Można. Nie, nie żartuję. Mój szanowny prawie dwuipółletni miniwspółlokator naprawdę czasami pozwala mi na dopicie całkiem ciepłej kawy. Cała sztuka w tym, jak to kiedyś wystygło mu kakao i było takie niedobre, że strasznie płakał nad nim. Mama podgrzała, no pewnie. Ale nie omieszkała skorzystać z sytuacji i powolutku, bardzo jasno wyłożyć dziedzicowi, że podobnie dzieje się z mamy kawą. Od tego czasu czasami naprawdę pozwala mi ją spokojnie wypić.








Wniosek z całego tego wywodu jest tylko jeden. Warto i trzeba z dziećmi rozmawiać. Pytać. W końcu one są takie same, jak my. Czują, smucą się, denerwują, niecierpliwią. Tylko większości z tych emocji jeszcze nie rozumieją. U mnie naprawdę się sprawdza. No i ciepła kawa jest zawsze lepsza od zimnej kawy.

środa, 4 listopada 2015

Kocie rozmaitości Jego Maleńkości



Nie będę się rozpisywać, pakować manele na podrż trzeba, ale mam coś, co bardzo chciałam Wam pokazać.
Pewnego poranka Jego Maleńkość oświadczył, że będzie siedział przy stole, że krzesełko mu się już nie podoba. Wdrapał się na krzesło, usiadł i zażądał talerza. Jego ukochany talerzyk z misiami został pogardliwie odsunięty i przywłaszczył sobie mój. Fajnie, pomyślałam. Czas najwyższy pozbyć się tych plastików. 
Kolejne dni mijały spokojnie, Młody zasiadał przy stole żądając dorosłej zastawy. Wszystko byłoby ok, jednak zauważyłam, że sporo zostawia. Wcześniej pochłaniał wszystko szukając misia na talerzu. Na maminym talerzu misia nie ma. 
Wczoraj dzień, jak codzień, zawiozłam Ślubnego na rehabilitację i zamiast standardowo spędzić trzy godziny w aucie czytając wybrałam się na spacer po centrum handlowym. No i znalazłam coś pięknego.
Było ich tyle i tak różnych, że kręciłam się po sklepie przez prawie godzinę, nie mogąc się zdecydować. W końcu stanęło na kubeczku z pasiem, talerzu z kotem i miseczce z dwoma kotami. 





Reakcja Młodego błyskawiczna. Talerz pusty, bo kota szukał. Kubek z pasiem pokochał od pierwszego wejrzenia.
Zobaczcie, jakie piękne rzeczy mają tutaj
Sklep jest zagramaniczny, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić, tak mi się podobają.  
Tak między nami kawa z pasiem jest świetna. Ale tylko, jak Młody jest w przedszkolu.  Więc ciii.

poniedziałek, 2 listopada 2015

półki z szuflad






Romantyczny Pan Małżonek kupił babie szlifierkę. Pewnie dość miał już babinych jęków, jak to palce bolą, jak papier ścierny się psuje, jak sobie paznokcie załatwiła itd. itp. Do dziś nie wiem, jak on to zrobił. Ta jego "chwilowa" niedyspozycja zdawałoby się daje babie kompletną kontrolę nad poczynaniami delikwenta. Okazuje się, że jednak nie. No nic, jest szlifierka. Baba szczęśliwa, jakby co najmniej bukiet z sześćdziesięciu róż dostała. Z rzeczonej szlifierki szybko trzeba zrobić użytek.
Mam trochę gratów w czeluściach mojej dwustuletniej stodoły, więc bardzo interesują mnie takie nietuzinkowe rozwiązania. Znalazłam kilka starych szuflad. Uznałam, że będą świetnym materiałem na wypróbowanie mojej nowej maszynki i zrobienie półek do łazienek. Półki potrzebne, budżet zerowy, ale szuflady i farby są. 
Oto szuflada.
Tak, wiem, spora część z was powie "Jaka ona była piękna w oryginale!" Oczywiście. Jednak w moim i tak już starym i rustykalnym domu taka w oryginale nie widzi mi się nijak. Może w zestawieniu z jakimś białym supernowoczesnym bądź industrialnie wykończonym przez projektanta mieszkaniu byłaby piękna taka jaka jest, ale ja chciałam ją przerobić. 


Po objechaniu szlifierką pomalowałam całość na biało farbą do drewna. 


Nie oszczędziłam nawet metalowego uchwytu.
Po czym farbą akrylową w kolorze złotym, rozmieszaną z wodą zrobiłam różne mazy i zaakcentowałam krawędzie. Na koniec zabezpieczyłam wszystko bezbarwnym werniksem.
Druga szuflada została pomalowana na biało bez szlifowania. Farbą do chalkpaint. Na białą warstwę nałożyłam szarą, gdy przeschło przetarłam mokrą gąbką brzegi, żeby biały "wyszedł" na wierzch i gotowe. Na koniec zabezpieczenie preparatem do chalkpaintu i lekkie przetarcie kilku miejsc, żeby wydobyć spod spodu trochę oryginalnego koloru. Nie chciałam przecierać za dużo, bo ściana jest ciemna i chciałam, żeby półka była na niej jasnym akcentem. Wyszło tak.


















Tym oto sposobem dzięki mam dwie "nowe" półki przy naprawdę niewielkim nakładzie finansowym i dwa graty mniej. Jeszcze pomyślę, co by tu uwiesić na uchwytach, żeby było ładniej.

niedziela, 1 listopada 2015

Kawa i serial




- To ja. Taka trochę szara, trochę wyblakła, lekko poobijana od wieszania na drzwiach szafy. Taki sobie słodki, pastelowy dodatek do czyjegoś życia. A zwróciłaś uwagę, że to serce ma dziurę w środku? A na dodatek te dwa dzwonki w niej zawieszone, czekające jakby na jakiś podmuch ciepłego wiatru.
Zaniemówiłam "Co Ona pieprzy?" pomyślałam. Przecież ma dwójkę świetnych dzieciaków. Anka na medycynie, Piort uparł się na tą swoją gitarę i właśnie złożył papiery do szkoły muzycznej. Pali, no ale który rockman nie pali. Mąż zawsze uśmiechnięty podrzuca ją na comiesięczną kawkę, po czym po jakichś trzech godzinach dzwoni, czy już się nagadałyśmy, żeby zgłosić się po odbiór. Wakacje, święta, Sylwester, urodziny. Przecież sama zawsze się chwali, że nigdy w te dni nie zawodzi. Nie to co J. wszystkie święta w pracy. Mało tego. Jeśli przygotuje mu listę zakupów przed pracą, to on wracając wieczorem zahaczy o market. No i taki tekst teraz? Ech, ludziom to się w dupach przewraca, jak mają za dobrze.
Zignorowałam to dziwaczne wyznanie komentując, że serduszko to pierwszej zimy w tym domu kupiłam w ramach świątecznego wystroju i tak wisi do dziś.
Dwa tygodnie później zadzwoniła Anka.
- Mama się powiesiła, w czwartek będzie pogrzeb. Bardzo Cię lubiła,napewno chciałaby, żebyś była z nami. - odłożyła słuchawkę nie czekając na odpowiedź, zostawiając mnie w stanie kompletnego osłupienia, tępo wpatrzoną w serduszko dyndające u drzwi szafy.
Dwadzieścia sześć kaw, trzy wypady na zakupy, iks telefonów. Ona dusza towarzystwa, ja raczej samotnik. Nie byłyśmy wielkimi przyjaciółkami. Nie znałyśmy się "od zawsze". Pojawiła się w moim życiu przypadkiem, była ode mnie starsza o dziesięć lat. Pierwsza kawa spowodowana pośpiechem wywołanym moim szaleńczym biegiem na serial weszła nam w nawyk. Raz w miesiącu wpadała. Rzadko, ale za to zawsze. Kawa, serial, buty i przeceny. Nie było tematu mojej rehabilitacji, nie było tematu problemów rodzinnych. Po prostu. Kawa i serial. 
Nie wiem, czy jakakolwiek inna reakcja coś by zmieniła. Nie byłam przecież dla Niej żadnym guru, to raczej Ona mnie pouczała i dawała jakieś tam wskazówki. Czy to było wołanie o pomoc, czy  zwykły komentarz, a wszystko było już przesądzone? Co Ci w duszy gra? Jakie są Twoje limity? Jesteś twardy? Zawsze dajesz radę? Niestety nie każdy. Brakuje mi dziś tych kaw. Zawsze już będzie mi ich brakowało.

piątek, 23 października 2015

hiszpańczyk




- Un cotxe vermell mama!
- Czerwony? Super! Ale szybko pojechał, co? - odpowiadam Młodemu
- Jak to, to on po polsku nie umie?
- Oczywiście, że umie. Nie wymagaj od dwulatka, że w 10 minut po odebraniu z przedszkola, gdzie od dziesiątej do szesnastej nawija po ichnemu będzie tu Mickiewicza recytował.
- Nie no, ja bym tak nie mogła
- Dlatego też Twoje dziecko świetnie sepleni po polsku, a moje w trzech językach. Taka różnica. Dlaczego mam mu odbierać coś, co uważam za dobre? Bo ja nie mogę? Serio?
No i się obraziła. Przyjechała z Młodym na wakacje. Młody Kaśki jest pół roku starszy od mojego Młodego. Mialo być wesoło, tyle lat sie nie widziałyśmy. Dwie wariatki,  a teraz męże, dzieci i mieszkanie na wiosce. No i już pierwszego dnia zrobiło sę średnio wesoło.

Dzień drugi.
Śpiewamy sobie w samochodzie o mlecznej krowie. Niestety po hiszpańsku. Kolejne lodowe sztylety z oczu Kasi lecą w moją stronę.
- No a polskich nie znacie?
- Kurde, przecież przed chwilą śpiewaliśmy po polsku, nie bądź taka. Wierz mi, krzywdy mu nie robię.
- No ale skoro już nawet ty do niego po hiszpańsku mówisz, to od kogo on ma się polskiego nauczyć?
- Żartujesz nie?
- Nie no, poważnie, przecież tylko ty tutaj możesz go nauczyć. - z naciskiem na "tutaj" jakby było to dla mojego dziecka jakieś przymusowe zesłanie, łagry czy coś.
-  Naprawdę tak uważasz? Czy po prostu masz uczulenie na fakt, że dziecko mówi coś, czego  nie rozumiesz? Wiesz, że wieczorami czasami opowiadam mu rosyjskie wierszyki? Wyobrażasz to sobie? Ruskie! masakra co?
- Nie no, co ty! Niech on sobie mówi, ja go  rozumieć nie muszę! - Nastąpił foch z przytupem.
Zamknęłam się i wróciłam do mlecznej krowy olewając dalszą konwersację, jako bezcelową, bądź mogącą skutkować nie jakimś tak lekkim jadzikiem i płytką krytyką, co wielką awanturą. W końcu lata przyjaźni i hektolitry spożytych wspólnie płynów wyskokowych zobowiązują. Krowa jest wesoła, wpada w ucho i Młody ją uwielbia, a ja uwielbiam jego minę kiedy pęka z dumy bo udało mu się zaśpiewać pięć wersów bez żadnej pomyłki. Niechby i po chińsku była, śpiewałabym z nim i tyle.
Dzień drugi, scena druga.
- Ooo!!! Polskie bajki!
- Wiesz mam ich całą półkę, wszystkie klasyki naszego dzieciństwa. Codziennie czytamy przed snem.
-Aaa...
Bardzo elokwentne "Aaa". Niech mnie normalnie. Mamy naprawdę spore zaufanie i niejednokrotnie krytykowałyśmy wzajemnie różne mniej lub bardziej poważne decyzje. Ale tu jakoś mój ptasi może móżdżek nie sięga. Nie czaję co w nią wstąpiło.
Czyli już nie mam szans na bycie dobrą matką. Została mi przylepiona plakietka na czole i nic nie jest w stanie tego zmienić.
Teraz na poważnie. Pomyślcie sobie, że w latach wczesnej młodości mielibyście szansę rozmawiać w ciągu dnia  w trzech, może w czterech językach. Bez żadnego przymusu, przypadkowo, na ulicy, w domu, w przedszkolu. Równocześnie i zupełnie nieświadomie uczyć się naturalnego porozumiewania w języku innym niż wasz własny ojczysty. Ile gorzich łez wylanych nad oblanymi egzaminami by się zaoszczędziło. Ile kasy zostałoby na inne przyjemności zamiast dodatkowe lekcje, czy prywatne kursy języka, które tak naprawdę niewiele nas nauczyły. Ile spokoju wyjeżdżając na jakąkolwiek zagraniczną wycieczkę, wymianę studencką, do pracy za granicę. Ile więcej pewności siebie, lepszej samooceny. 
Uważam, że skoro już moje dziecko ma taką możliwośc, to nie mam prawa mu jej odbierać. 
Bo niby  co, bo ja to nie zniosłabym, żeby mi moje dziecko po ichnemu coś mówiło? No moje mówi. Często zamiast "tak" odpowiada "si". Czasami przebudziwszy się w  środku nocy coś tam mamrocze po katalońsku. Czasami nawet powie mi po ichnemu, że mnie kocha. No i super. 
Pomijam już fakt, że urodził się tutaj. Przy pierwszym pobycie w kraju załatwiłam papierkową robotę, by mógł mieć podwójne obywatelstwo, oczywiście. Dla mnie jest  Polakiem. Ale dla swojego ojca jest Katalończykiem. A dla rządu kraju w krótym żyjemy jest Hiszpanem. No to jak ma do cholery nie mówić w języku, który oficjalnie jest jego ojczystym? 
Jak mówi po katalońsku to ja się cieszę, że mówi w języku swojego ojca. A jak mówi po polsku, to J. się cieszy i stara się za nim powtarzać "Ślimak, ślimak wystaw rogi" No kurde, to jest piękne. Uważam, że moje dziecko wygrało los na loterii, bo ma okazję bez wysiłku zrobić coś, co wielu z nas kosztuje lata nauki i wiele wyrzeczeń i niepowodzeń. 
Mówię do niego tylko po polsku. Na jego paplanie po katalońsu odpowiadam po polsku. No chyba, że ostentacyjnie chwali mi się nowo poznanym słowem. Wówczas idę za jego rytmem.
Nie, nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko nie umiało polskiego, żeby nie rozumiało co do niego mówią na przykład dziadkowie. Nie wyobrażam sobie jednak też sytuacji wymuszania na nim mówienia jakimś języku. To nie zabór, tu może mówić jak mu się poodoba, a im więcej języków pozna na etapie wczesnego dzieciństwa, bez szkolnych przymusów, tym lepiej. 


Na szczęście, jak już wspomniałam z Kaśką konie się kradło i wódkę z jednej szklanki piło. Moja szafa była jej szafą, a jej kosmetyczka moją itd. Jak sie skończyła jakaś wielka miłość to smarkałyśmy sobie wzajemnie w rękawy. Jak tańczyłyśmy to do ostatniej piosenki w dyskotece. Stąd też reszta tygodnia upłynęła w fajnej atmosferze. Powiedziałyśmy sobie kilka ostrzejszych słów, jak dzieciaki poszły spać i tyle. Ustaliłyśmy, że do końca pobytu o wychowaniu dzieci się nie rozmawia złośliwie i szanuje się wzajemnie pewne zasady. Stwierdziłam, że mam ochotę o tym napisać i napisałam. Ona przeczytała i stwierdziła "Wiesz, jak tak czytam, to faktycznie ma jakiś sens. Może po prostu ta inność powoduje moje reakcje." Zezwoliła na publikację w formie prawdziwej, bez poprawiania dialogów, żeby lepiej wypaść. Kaśka jest złośliwa, ja jestem złośliwa. Na szczęście obie mamy do siebie ogromne zaufanie. A temat jest interesujący i coraz częściej będziemy się z nim spotykali. Komuna się skończyła, granice otwarte, internety są wszędzie, świat zrobił się mały jak pielucha.
Ciekawi mnie, czy naprawdę mamy prawo oceniać sposób wychowania dzieci przez rodziny mieszane, bądź polskie, którym z różnych względów przyszło te dzieci wychowywać poza granicami naszego pięknego kraju.