expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 17 października 2015

Sobotnie szaleństwo zakupowe - po raz kolejny życie weryfikuje moje plany

Soboty podobno są po to, by wpasć w szał zakupowy. 
Moi mężczyźni oczywicie, jak zwykle się ze mną zgadzają. Zabrali mnie więc a zakupy.
Centrum handlowe to nie było. Bucików i torebeczek też nie sprzedawali.
No chyba, że "torebeczki" z karmą dla wszelkigo rodzaju żyjątek.
Na kawusię i ciasteczko też nie było gdzie przysiąść.
Młody wniebowzięty. Starszy (żeby nie powiedziec stary) też.
No i biegalii tak między tymi klatkami.
Siłą zmusiłam ich do rezygnacji kupna dziesięciu młodych kaczek.
W promocji były.
 No ja rozumiem, że na wiosce mieszkamy, ale bez przesady co?
Nie będzie kaczek? Mamoooo!!??
Kaczek nie będzie, nie dajmy się zwariować.
No i tym sposobem zostalśmy szczęśliwymi (jedni mniej, drudzy bardziej) posiadaczami pięciu kur i sześciu kurczaków.
Teraz muszę walczyć z psem, coby sobie tych tygodniowych stworzonek na obiad nie schrupał.
siedzą w kartonie i piłkają pił pił pił.
A młody skacze w kółko jak dziki.




  
No i po sobotnich zakupach. 
Mam wrażenie, że moje życie zmierza w jakimś dziwnym kierunku i jeśli tego w porę nie zatrzymam, niedługo zacznę zachwycać się gumowcami w promocji.


czwartek, 15 października 2015

ciasto dla fajtłapy


Dlaczego dla fajtłapy? Bo nie wiem, jakim miszczem trzeba by być, żeby nie wyszło. Poza wariantem zwęglenia wypieku razem z połową domu i czwórką sąsiadów, jest to właściwie niemożliwe.

Tak naprawdę to taki sobie zwykły placek. 
Przygotowuje się go  w 15 minut i to jest jego główną zaletą. 
Możliwość dodawania i odejmowania dodatków sprawia, że nie nudzi się tak szybko. Czasami, jak dziś wrzucam wiórki, czasami rodzynki, orzechy, przyprawy korzenne czy startą czekoladę. 
Czasami dorzucę jakiś jogurt. 
Na wierzch dziś poszły truskawki i figi, ale swobodnie można je zastąpić prawie każdym rodzajem owoców, lub jakąkolwiek polewą. 
Można podzielić na dwie części, do jednej dodać kakao i będzie dwukolorowe. 
Możliwości jest tysiąc. 
U mnie w domu to stały bywalec. 
Najważniejszy aspekt, 15 minut roboty i jestem superżoną :D 



Składniki:
4 jaja
100 g oleju słonecznikowego
10 łyżek cukru
9 łyżek mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej (Można zamiast 9+1 zastosować 10 pszennej)
1 łyżka proszku do pieczenia (płaska)
garść wiórków kokosowych (opcjonalnie)
kilka truskawek
dwie figi
Owoce można zastąpić gruszkami, jabłkami, brzoskwiniami, bananami itd.



Przygotowanie:
 
Do miski wlewamy olej, wbijamy jaja i wsypujemy cukier, miksujemy do momentu uzyskania jednolitej masy.
Następnie powoli dodajemy przesianą mąkę z proszkiem cały czas miksując.
Na koniec wiórki.
To by było na tyle.


Całość wylewamy na blachę i układamy owoce. Jako, że ciasto jest "szybkie" nie bawiłam się w układanie truskawek w kółeczka i inne pierdołki,. Można, świetnie wygląda.




Pieczemy w temperaturze 180 stopni około 40 minut.
Po wyjęciu posypujemy cukrem lub cukrem pudrem.



 Po czym siadamy sobie spokojnie przy stole i wysyłamy dietę w diabły :)






wtorek, 13 października 2015

technika suchego pędzla

 
 
Pada, szaro jakoś tak i brzydko dzisiaj.
Niby nie pada cały czas, ale na jakąkolwiek wyprawę nijak się wypuścić. 
Zaszyłam się więc i maluję sobie.
 
 
Technika suchego pędzla (drybrush) jest techniką stosowaną w malarstwie i modelarstwie, polegającą na nakładaniu farby na podłoże przy pomocy prawie suchego pędzla. Używa sie jej na suchych podłożach, jak papier czy zagruntowane płótno. W modelarstwie często stosuje się ją dla podkreślenia detali. No to na meblach chyba też  można, nie? 
To jest dziadkowa półka wygrzebana gdzieś z czeluści naszego domostwa, czy może pradziadkowa nawet. Pogryziona przez korniki, że aż miło, ale jest taka akurat. Tylko kolorystycznie nijak. 
 
 
No to pomalowałam. Najpierw na szaro. No jasne, że skoro nie na biało to na szaro. Zastanawiałam się nad pomalowaniem jej na biało i zrobieniem przetarć, ale chciałam spróbować tego suchego pędzla, zobaczyć, jak to wychodzi. 
Po dokładnym wyschnięciu szarej farby wzięłam białą (do drewna i mebli). Pędzel trzeba wyczyścić z nadmiaru farby, ja wycierałam z papier kuchenny, zostawiając tylko niewielką ilość i robiąc mazy we wszystkie strony. Trzeba uważać, bo na początku można zostawić białe plamy. Ja pracowałam okrągłym pędzlem, bo  akurat taki miałam i nieźle  się sprawdził. Sprawa jest prosta i szybko załapałam o co chodzi.  Rzutem na taśmę pomalowałam też drugą półkę (made by Ślubny Znajomy), żeby pasowała do tej. Wyszedł całkiem sympatyczny kącik na bibeloty.


 Takie wielkie dziury pozostawiły po sobie korniki. W pierwszej chwili myślałam o zaklejaniu ich, ale stwierdziłam, że półka jest ręcznie robiona, każda decha jest inna i to jej dodaje uroku.




Spodobała mi się technika suchego pędzla na meblach. 
Zabieram się za malowanie stołu (zabieram się od jakichś dwóch miesięcy, więc może to będzie jakaś motywacja) i może właśnie pójdzie w ten deseń. 
No chyba, że znajdę farby do chalkpaint, bo poczytałam o tym ostatnio i mam chrapkę.



poniedziałek, 12 października 2015

Złe nawyki

Jak zarwać nockę?
Jak dobić się samemu?
Co zrobić, gdy po męczącym dniu nareszcie możesz się położyć i odpocząć?
Jak spieprzyć szansę na spokojnie przespaną noc?

Post instruktażowy. 


On śpi. 
Matka wariatka zakrada się cichutko, na paluszkach do pokoju. 
Staje nad łóżeczkiem i patrzy. I patrzy i wzdycha. 
Taki śliczny, taki mój, taki malutki, taki słodki. 
Och i ach. 
Na palcach równie cicho wycofuje się lawirując między porzuconymi samochodzikami a klockami lego. 
Dociera do sypialni i pada na łóżko. 
No tak, jest druga w nocy, jest wykończona, dzisiejszy dzień to była po prostu batalia zakończona kompletnym armagedonem z powodu groszku, czy serka, czy czego tam - sama już nie pamięta. 
Ale trzeba było przed snem jeszcze zajrzeć choć na chwilkę do niego. 
Och i ach. 
Taki kochany bąbelek... Zasypia.

Dziesięć minut później.

BUUUUUUUUUUUUUU!!! 
MAMAAAA!!! 

Tup tup tup tup tup. 
Jako pierwszy pasażer na gapę do celu dociera Miś. Bam! (Szczęście, jeśli nie w oko)
 Szur szur szur. Zgrabnie odpycha się mininogą od ściany windując mały tyłek na mamine łóżko. Dziedzic Bam! Plask! Stopą w brzuch matki wariatki. 
Chciałaś, masz. 
On już śpi.


Tak przedstawia się pierwszy scenariusz. 
W wersji łagodnej. 
Sprawa przedstawia się zgoła gorzej, gdy podczas takiego nocnego rajdu ze swojego pokoju do naszej sypialni szanowny dziedzic rozjeżdża się na jakimś resoraku, rozpłaszczając gdzieś na korytarzu. Pół biedy jeśli miś, bądź śpiący pies zamortyzują upadek. 
Matka wariatka zbudzona łomotem wyskakuje z łóżka pędząc na ratunek wyjącemu jak syrena dziedzicowi. 
Pies zazwyczaj próbuje ratować sytuację liżąc księciunia po nosie, co doprowadza go do jeszcze większej histerii. 
Przy dobrych wiatrach ofiara wraz z matką wariatką docierają do sypialni i po chwili ofiara słodko pochrapuje wbijając stopy w brzuch rodzicielki. 
Jeśli Bogowie na Olimpie nie są w dobrym humorze ofiara z ryku przechodzi w śmiech i radosny (choć dla matki złowieszczy w tym momencie) krzyk 
"BAWIĆ!" 
Łapiąc z podłogi resoraka, przyczynę całego zamieszania. 
Wówczas matka wariatka nie bardzo wie, czy skakać z okna (że niby z pierwszego piętra to może choć kostkę skręci i będzie mogła się nad sobą poużalać)
 krzyczeć (ale na kogo, na siebie? Było się nie pakować na siłę i nie wgapiać w śpiącego)
Wiadomym jest, że wszelkie tłumaczenia, prośby, czy grożby dziedzica w takim momencie od zabawy nie są w stanie odwieść.

Scenariusz trzeci.
Totalne apogeum. 
Matka wariatka skradając sie po cichutku, na paluszkach, na boso oczywiście natrafia na swej drodze przeszkodę w postaci np. ludzika duplo. #@$#^%&@#@$%^@# !!!!!! 
Szeptem ma się rozumieć. 
Łomot. 
Spowodowany nieudolną próbą wycofania się na zdrowej nodze, przy jednoczesnym rozmasowywaniu tej poszkodowanej spotkaniem z potworem z lego.
 
BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!
MAMAAAAAA!!!

I weź tu teraz wytłumacz takiemu ryczącemu stworzeniu, dlaczego matka leży na podłodze czerwona, jak burak płacząc, turlając się i zatykając sobie buzię ze śmiechu. 
No i to wszystko rzecz jasna o drugiej nad ranem.
No problem.
W tym scenariuszu zazwyczaj widok wijącej się u stóp łóżeczka rodzicielki wydaje się dziedzicowi na tyle zabawny, 
że w moment przechodzi z fazy opętańczego wycia 
do fazy roześmianego pełnego energii, myślącego że jest mniej więcej południe dziecka, wykrzykującego 

"BAWIĆ!" 


Podsumowując. 
Chyba przestanę zaglądać do Młodego przed snem. 
Ma toto jakiś radar w wmontowany czy jak? 
Ilekroć zajrzę, tak na chwilkę, zakładając pierwszy scenariusz, że wszystko dokladnie posprzątaliśmy przed snem. Nie ma żadnych pułapek podstępnie czających się na moje wątpliwe już zdrowie. 
No i nie ma siły. No nie ma. Dziedzic po dziesięciu minutach z rykiem godnym syreny w strażackim wozie nadciąga na pełnym gazie, by dotarłszy skopać matkę winowajczynię.
Jak nie zajrzę to czasami nawet tak do 6.30 lub nawet do 7.00 cisza i spokój. 
Nie zawsze, wiadomo. Ale przynajmniej pozostawiam sobie jakieś szanse. 
Tylko, jak tu zrezygnować z tego Och i Ach...