expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 4 listopada 2015

Kocie rozmaitości Jego Maleńkości



Nie będę się rozpisywać, pakować manele na podrż trzeba, ale mam coś, co bardzo chciałam Wam pokazać.
Pewnego poranka Jego Maleńkość oświadczył, że będzie siedział przy stole, że krzesełko mu się już nie podoba. Wdrapał się na krzesło, usiadł i zażądał talerza. Jego ukochany talerzyk z misiami został pogardliwie odsunięty i przywłaszczył sobie mój. Fajnie, pomyślałam. Czas najwyższy pozbyć się tych plastików. 
Kolejne dni mijały spokojnie, Młody zasiadał przy stole żądając dorosłej zastawy. Wszystko byłoby ok, jednak zauważyłam, że sporo zostawia. Wcześniej pochłaniał wszystko szukając misia na talerzu. Na maminym talerzu misia nie ma. 
Wczoraj dzień, jak codzień, zawiozłam Ślubnego na rehabilitację i zamiast standardowo spędzić trzy godziny w aucie czytając wybrałam się na spacer po centrum handlowym. No i znalazłam coś pięknego.
Było ich tyle i tak różnych, że kręciłam się po sklepie przez prawie godzinę, nie mogąc się zdecydować. W końcu stanęło na kubeczku z pasiem, talerzu z kotem i miseczce z dwoma kotami. 





Reakcja Młodego błyskawiczna. Talerz pusty, bo kota szukał. Kubek z pasiem pokochał od pierwszego wejrzenia.
Zobaczcie, jakie piękne rzeczy mają tutaj
Sklep jest zagramaniczny, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić, tak mi się podobają.  
Tak między nami kawa z pasiem jest świetna. Ale tylko, jak Młody jest w przedszkolu.  Więc ciii.

poniedziałek, 2 listopada 2015

półki z szuflad






Romantyczny Pan Małżonek kupił babie szlifierkę. Pewnie dość miał już babinych jęków, jak to palce bolą, jak papier ścierny się psuje, jak sobie paznokcie załatwiła itd. itp. Do dziś nie wiem, jak on to zrobił. Ta jego "chwilowa" niedyspozycja zdawałoby się daje babie kompletną kontrolę nad poczynaniami delikwenta. Okazuje się, że jednak nie. No nic, jest szlifierka. Baba szczęśliwa, jakby co najmniej bukiet z sześćdziesięciu róż dostała. Z rzeczonej szlifierki szybko trzeba zrobić użytek.
Mam trochę gratów w czeluściach mojej dwustuletniej stodoły, więc bardzo interesują mnie takie nietuzinkowe rozwiązania. Znalazłam kilka starych szuflad. Uznałam, że będą świetnym materiałem na wypróbowanie mojej nowej maszynki i zrobienie półek do łazienek. Półki potrzebne, budżet zerowy, ale szuflady i farby są. 
Oto szuflada.
Tak, wiem, spora część z was powie "Jaka ona była piękna w oryginale!" Oczywiście. Jednak w moim i tak już starym i rustykalnym domu taka w oryginale nie widzi mi się nijak. Może w zestawieniu z jakimś białym supernowoczesnym bądź industrialnie wykończonym przez projektanta mieszkaniu byłaby piękna taka jaka jest, ale ja chciałam ją przerobić. 


Po objechaniu szlifierką pomalowałam całość na biało farbą do drewna. 


Nie oszczędziłam nawet metalowego uchwytu.
Po czym farbą akrylową w kolorze złotym, rozmieszaną z wodą zrobiłam różne mazy i zaakcentowałam krawędzie. Na koniec zabezpieczyłam wszystko bezbarwnym werniksem.
Druga szuflada została pomalowana na biało bez szlifowania. Farbą do chalkpaint. Na białą warstwę nałożyłam szarą, gdy przeschło przetarłam mokrą gąbką brzegi, żeby biały "wyszedł" na wierzch i gotowe. Na koniec zabezpieczenie preparatem do chalkpaintu i lekkie przetarcie kilku miejsc, żeby wydobyć spod spodu trochę oryginalnego koloru. Nie chciałam przecierać za dużo, bo ściana jest ciemna i chciałam, żeby półka była na niej jasnym akcentem. Wyszło tak.


















Tym oto sposobem dzięki mam dwie "nowe" półki przy naprawdę niewielkim nakładzie finansowym i dwa graty mniej. Jeszcze pomyślę, co by tu uwiesić na uchwytach, żeby było ładniej.

niedziela, 1 listopada 2015

Kawa i serial




- To ja. Taka trochę szara, trochę wyblakła, lekko poobijana od wieszania na drzwiach szafy. Taki sobie słodki, pastelowy dodatek do czyjegoś życia. A zwróciłaś uwagę, że to serce ma dziurę w środku? A na dodatek te dwa dzwonki w niej zawieszone, czekające jakby na jakiś podmuch ciepłego wiatru.
Zaniemówiłam "Co Ona pieprzy?" pomyślałam. Przecież ma dwójkę świetnych dzieciaków. Anka na medycynie, Piort uparł się na tą swoją gitarę i właśnie złożył papiery do szkoły muzycznej. Pali, no ale który rockman nie pali. Mąż zawsze uśmiechnięty podrzuca ją na comiesięczną kawkę, po czym po jakichś trzech godzinach dzwoni, czy już się nagadałyśmy, żeby zgłosić się po odbiór. Wakacje, święta, Sylwester, urodziny. Przecież sama zawsze się chwali, że nigdy w te dni nie zawodzi. Nie to co J. wszystkie święta w pracy. Mało tego. Jeśli przygotuje mu listę zakupów przed pracą, to on wracając wieczorem zahaczy o market. No i taki tekst teraz? Ech, ludziom to się w dupach przewraca, jak mają za dobrze.
Zignorowałam to dziwaczne wyznanie komentując, że serduszko to pierwszej zimy w tym domu kupiłam w ramach świątecznego wystroju i tak wisi do dziś.
Dwa tygodnie później zadzwoniła Anka.
- Mama się powiesiła, w czwartek będzie pogrzeb. Bardzo Cię lubiła,napewno chciałaby, żebyś była z nami. - odłożyła słuchawkę nie czekając na odpowiedź, zostawiając mnie w stanie kompletnego osłupienia, tępo wpatrzoną w serduszko dyndające u drzwi szafy.
Dwadzieścia sześć kaw, trzy wypady na zakupy, iks telefonów. Ona dusza towarzystwa, ja raczej samotnik. Nie byłyśmy wielkimi przyjaciółkami. Nie znałyśmy się "od zawsze". Pojawiła się w moim życiu przypadkiem, była ode mnie starsza o dziesięć lat. Pierwsza kawa spowodowana pośpiechem wywołanym moim szaleńczym biegiem na serial weszła nam w nawyk. Raz w miesiącu wpadała. Rzadko, ale za to zawsze. Kawa, serial, buty i przeceny. Nie było tematu mojej rehabilitacji, nie było tematu problemów rodzinnych. Po prostu. Kawa i serial. 
Nie wiem, czy jakakolwiek inna reakcja coś by zmieniła. Nie byłam przecież dla Niej żadnym guru, to raczej Ona mnie pouczała i dawała jakieś tam wskazówki. Czy to było wołanie o pomoc, czy  zwykły komentarz, a wszystko było już przesądzone? Co Ci w duszy gra? Jakie są Twoje limity? Jesteś twardy? Zawsze dajesz radę? Niestety nie każdy. Brakuje mi dziś tych kaw. Zawsze już będzie mi ich brakowało.