expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 27 lutego 2016

10 powodów dla których warto pozbyć się domowych ciuchów.


Chciałabym zawsze wyglądać, jak milion dolarów. Nigdy nie wiadomo co czeka na człowieka za rogiem, albo kto do drzwi zapuka. Jednak od chcenia do faktycznych efektów daleka droga. Jak się ma tendencje do chowania wszystkiego co stare i nie nadaje się już nawet na ścierkę, bo "będzie po domu" to jest to zgoła niemożliwe do osiągnięcia.

Nie chodzi do końca o pozbycie się wszystkiego co "po domu". Bardziej o zastąpienie szmat rzeczami, które nie straszą.
Kilka tygodni temu wpadłam w furię i wyrzuciłam wszystkie domowe ciuchy. 
Wszystkie. Każdy z nich miał jakąś plamę, jakąś dziurkę, jakiś niesforny rękaw dłuższy niż drugi. 
Wywaliłam wszystkie jak leci, specjalnie się im nie przyglądając.
Robiąc porządek w szafie oddzieliłam kilka par spodni, bluzek i swetrów, które choć są całkiem ok, już od dłuższego czasu nie biorą udziału w wyjściach.
Stwierdziłam, że będą pełniły funkcję ciuchów domowych.
Była to jedna z lepszych decyzji odzieżowych ostatnich lat.
Dlaczego?
Jest na to co najmniej 10  argumentów 

1. Znacie te świetne szmatki kupione pod wpływem jakiegoś impulsu? (chyba elektrycznego) Miałam takie, teraz są częścią zespołu domówek.
2. Firmówki, których szkoda mi było wyrzucić, bo kosztowały majątek a od kilku sezonów zalegały w szafie w końcu dostały swoją szansę.
3. Ile razy zdarzyło mi się pojechać po chleb, czy do apteki i zaliczyć zonka patrząc w witrynę sklepową, w odbiciu widząc bezdomną z zadatkami na łachmytę. Albo łachmytę z zadatkami na bezdomną, w zależności od zestawu. (Z całym szacunkiem do bezdomnych, którzy nierzadko wyglądali lepiej niż ja w tych moich kreacjach).
4. Jak już tak sobie wyskoczę naprędce do tego sklepu i spotkam jakąś nie za bardzo lubianą znajomą przynajmnniej nie staram się już wciskać pod regały sklepowe, czy chować za paczką płatków śniadaniowych, próbując się przed takową ukryć.
5. Nie wiem ile razy dotychczas wystraszyłam listonosza otwierając mu w moich ówczesnych domowych ciuchach. Ile razy stałam się powodem do śmiechu? No, to pół biedy grunt, że udało się kogoś rozbawić. Nadszedł jednak koniec tej epoki. Może nie taki zupełny koniec, muszę jeszcze opracować jakiś sensowny plan na okielznanie zestawu "domowych" fryzur, ale jest postęp.
6. Znacie to uczucie paniki, kiedy nagle ktoś puka do drzwi, patrzysz przez dziurkę a tam jakiś zapomniany znajomy wpadł właśnie na niezapowiedziana kawę, a Ty masz na sobie dresy godne rapera z lat dziewięćdziesiątych i koszulkę z dziurami wielkości pięści? Ja znam.

7. Spoglądając w lustro nie wpadałam w depresję, nie to było coś znacznie gorszego. Teraz może daleko mi do tego miliona dolców, ale przynajmniej jako tako zadbałam o swoją psychikę.
8. Mój Ślubny Znajomy nie ma już tych dziwnych napadów dławiącego śmiechu połączonego z turlaniem się po przedpokoju, które nie wiem skąd mu się biednemu brały tuż po przekroczeniu progu domu. Uzdrowiłam człowieka! 
9. Mam świadomość dobrze wydanych pieniędzy, w końcu domowe używa się na codzień więc nawet powinny być lepsze niż te wyjściowe, nie? Tak dla komfortu.
10. Policzyłam wreszcie swoje koszulki z bershki. Co lato wpadam w pułapkę trzyeurakowych tshirtów a potem tak leżą i leżą (żeby choć leżały i pachniały to jeszcze) No i okazało się, że nie potrzebuję drugiej szafy. Po czystce w tej zrobił się jakiś taki prawie luz. 



No to jak? Wiosenne porządki?




środa, 24 lutego 2016

Bunt dwulatka




Czy pisanie o buncie dwulatka posiadając w domu miniczłowieka w wieku lat dwóch i pół to za wcześnie? Czy jeszcze mi pokaże i da do wiwatu? Nie wiem.
Zastanawiam się tylko co takiego przeoczyłam. 
Co się stało z moim dzieckiem, tudzież moją formą postrzegania świata i macierzyństwa, że bunt dwulatka póki co to bułka z masłem. Serio.
Moje dziecko jest aktywne. Hiperaktywne nawet powiedziałabym. Biega, skacze, wspina się i przewraca. Turla się i czołga. Krzyczy, wyje i piszczy. Bawi się, tak to rozumiem. Czyli ciężkoo pracje na swoją przyszłość.
Jeśli coś zostaje pozostawione w innym miejscu, niż zazwyczaj, nawet jeśli ten przedmiot zna i normalnie nie wzbudza w nim żadnego zainteresowania wystarczy położenie go w innym miejscu i normalka, że weźmie. Moje okulary na przykład.
Jeśli pięćdziesięcioletnia książka z pierwszej  klasy podstawówki mojego taty, którą Młody uwielbia, znajdzie się w zasięgu jego dłoni. Oczywiście, że weźmie.
Jeśli postawię  kawę koło komputera, wyleje, wiadomo.
Jeśli lepi z plasteliny ulepi wszystko wokoło, z podeszwami własnych butów włącznie.
Jeśli nagle chcę, żeby przerwał zabawę i na przykład poszedł ze mną na górę i tam kontynuował wyścig traktorów, bo akurat muszę poskładać pranie to oczywiście, że spotkam się z głośno wyrażanym sprzeciwem.
Jeśli obudzi się w złym humorze, zazwyczaj spowodowanym moją nieobecnością w momencie otwarcia szanownych książęcych oczu, oczywiście oberwie mi się za to. Choć już coraz mniej. Wcześniej gniew manifestował płaczem, teraz skarży się po prostu, że się obudził, a mamy nie było. Jeżeli mam jakieś sensowne wytłumaczenie na zaistniałą sytuację, nie ma problemu. Sensowne to znaczy np. że poszłam przygotować mu kakao, albo że roki musiał wyjść na  dwór bo bardzo płakał. Zazwyczaj akceptuje. Absolutnie nie zgadza się na argumenty w stylu, że musiałam iść wstawić pranie. Pralka nie ma takich mocy, jak konieczność przygotowania kakao, lub wyprowadzenia psa.
Moje dziecię dyskutuje ze mną na wiele tematów. Spiera się o jedzenie, spanie, nawet o załatwianie potrzeb fizjologicznych, czy mycie zębów. Oczywiście.
Jeśli nie ma humoru to spacer bez roweru czu motorka jest nudny i nie poprawia mu wcale samopoczucia.

Czy jednak jest to bunt dwulatka? Czy po prostu moje dziecko po prostu jest normalne, wie czego chce i jasno komunikuje, że zabawa jest fajniejsza od mycia zębów itp. Ja nie wiem, ale jakoś póki co ja tego buntu dwulatka nie widzę. Widzę oczywiście zmiany, postępy w nauce, widzę że się rozwija. Nie widzę jednak żadnego horroru. No oczwiście zdarzają się takie dni, kiedy nic nie jest dobre, kiedy nic nie działa. Ale ja mam lat 35 i też taki dni miewam. Czy to bunt trzydziestopięciolatki? Biorę pod uwagę, że Młody jest w specyficznej sytuacji, kiedy tata co jakiś czas niespodziewanie znika z domu i odwiedzamy go w szpitalu, że mama po dwóch latach bezustannej opieki nad księciuniem niespodziewanie zniknęła podjąwszy pracę i to nie jedną, a dwie z nienormowaym czasem pracy i pokręconym grafikiem. Dzieci lubią rutynę. Wywołuje u nich swego rozaju poczucie bezpieczeństwa. Może to tak trochę po chłopsku napisane, ale tak jest. Wszystkie te okoliczności powinny spowodować ogólny bajzel i bunt dwulatka w takim wymiarze, że zwariowałabym ja i wszyscy w wiosce. A tu cisza. A bunt trzylatka za płotem. Co robić?