expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 2 lipca 2016

Sezon na leszcza Odc.1

Sezon na leszcza czas zacząć. Leszczem oczywistym w tym wypadku jestem oczywiście ja. Moja miłość do zakupów, zmieniania wystroju i generalnie zakupoholizm chyba. 
Bo wiecie w zarze rozpoczęły się właśnie przeceny. 
No i jak tu żyć? 
Dziedzic miał być towarzyszem powstrzymującym matkę od kompulsywnym wyniesieniem połowy sklepu, tymczasem księciuniu szanowny kazał mi kupić żuka i żabę.


Ot co. No i jeszcze wieloryba i kaczkę. 


Na koniec zażądał talerza. Talerza ze ślimakiem.



Tym sposobem zmontowaliśmy sobie kilka przystanków Zoo w domu. Jeden w łazience, drugi na mojej prywatnej szafce w salonie. Trzeci przystanek pojawia się i znika przy okazji każdego posiłku, bo moje dziecko bez ślimaka to jeść nie będzie i kropka.
Ja nie odmówiłam sobie oczywiście przyjemności kupna kilku tac. Takie hobby, tudzież skrzywienie.




Mam taką swoją prywatną szafkę. Sprawę jej renowacji opisywałam już tutaj. Ta szafka toterytorium zakazane. Ustawiam sobie na niej różne kwiatki i inne takie, w zależności od humoru. Stoi obok mojego stanowiska dowodzenia, a że lubię mieć jakąś estetyczną motywację w zasięgu wzroku, funkcję tą spełnia doskonale. Miałam obecnie na nią pewien plan, jednak dzięki szałowi zakupowemu, w jaki wpadło moje niespełna trzyletnie dziecko w zarze home (!!!???CO BĘDZIE DALEJ???!!!) mam na mojej szafce Zoo. Pewnie to w związku z naszą ostatnią wycieczką. Koniec końców, szafka wygląda następująco:





Jak już wytaszczyliśmy się z zary moje dziecię w drodze do auta dojrzało "sklep z kotem" gdzie mama swego czasu pracowała i oczywiście wyraziło dość dobitnie chęć odwiedzenia kota.
U kota mieli fajne lustra.




Zoo?

 


To by było na tyle w temacie "Sezon na leszcza Odc.1" Odcinków będzie więcej. Gwarantuję :) 
W końcu sezon przecenowy trwa do końca sierpnia. Co za kraj... 
Tylko więcej nie dam się już nabrać na tekst, że z dzieckiem to się nie da zakupów zrobić, że ucieka ze sklepu, że chce wyjść, że nie da pooglądać itp
Sama pojadę, mniej wydam.

Aaa! Zapomniałam o sowie:
 
Akcja pierwszego odcinka "Sezonu na Leszcza" odbyła się w:
http://www.zarahome.com/es/ oraz https://es.alojadogatopreto.com/es-es/

wtorek, 28 czerwca 2016

"Sekrety domowej pizzy" by Aleksander Jaworski

Jakiś czas temu  dostałam wiadomość od Olka z bloga domowa.pizza, z prośbą o recenzję napisanej przez niego książki.
Zdziwiona, lekko dumna oczywiście zgodziłam się natychmiast.
No i co się okazało.


Dostałam do przeczytania ebooka o pizzy, rzecz jasna.
Zajęta sprawami rodzinnymi zwlekałam z rozpoczęciem lektury. W  końcu jakoś przysiadłam i wow!
Książka okazała się świetna. Pizza z prawdziwego zdarzenia, taka jaką tutaj serwują kucharze z prawdziwego zdarzenia i dzięku Olkowi wykonana przeze mnie samą i w domowym piekarniku.
Zaraz Wam pokażę, a tymczasem kilka słów i samej publikacji.
Książka jest fajnie podzielona. Bardzo przyjaźnie dla czytelnika. Na początku dowiadujemy się co i jak się do naszej pizzy wrzuca, z czym się miesza, a z czym nie i dlaczego. Techniką prostej łopatologii, nawet taka blondynka, jak ja nie miała żadnych trudności ze zrozumieniem.
Bardzo spodobała mi się rozpiska na temat składników, różnic między mąkami, drożdżami. Wyjaśnienie jakie i jak działają, z czym warto poeksperymentować, a z czym raczej od razu warto dać sobie spokój.
Co dalej.
Otóż dalej jest miażdżąca wręcz ilość przepisów na gotowe pizze.
To nie koniec.
Następnie dostajemy naprawdę pokaźną kolekcję najróżniejszycch sosów, od  wyboru do koloru. Każdy znajdzie wśród nich cos dla siebie.
Autor opisuje nam też bardzo przystępnie całą gamę narzędzi przydatnych lub koniecznych do wykonania pierwszorzędnej pizzy.
Każdy rozdział zakończony jest podsumowaniem, bardzo użytecznym.
Olek z bloga domowa pizza wykonał kawał dobrej roboty. Z czystym sercem mogę Wam polecić jego publikację. Jest idealna dla profesjonalistów, jak i dla kompletnych laików, którzy chcieliby zaserwować świetną pizzę, a nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać.
Dziękuję Olku za zaufanie i podesłanie mi takie skarbu do mojej szufladki z przepisami.
Jeśli planujecie zakup jakiejś książki z przepisami na domową pizzę, to szczerze polecam tę od Olka. 
A oto moje wypociny.

 Pizza na cienkim cieście, z salami , cebulą, oliwkami i wiadomo - dużą ilością sera.
 
Nie jestem kompletnym laikiem. W końcu jako piekarz/piekarka/piekarnik (???) coś tam wspólnego z masami i wyrabianiem ciasta mam. 
Nie wyszła mi jednak idealnie okrągła, walczyłam ale poległam
Wprawnemu obserwatorowi nie umknie kilka innych uszczerbków, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi.

Efekt zaakceptowany przez najsurowszego domowego krytyka, więc i ja jestem zadowolona.




 
 Jeśli chcecie przyjrzeć się bliżej tej świetnej książce zajrzyjcie tutaj


Mam dla Was rabat na tą książkę. Niebylejaki rabat, bo aż 20% także naprawdę warto. Zaopatrzenie waszej kulinarnej biblioteczki w "Sekrety domowej pizzy" to naprawdę niegłupi pomysł, już nigdy nie będziecie się martwić, co zaserwować znajomym wpadającym w piątkowy wieczór, a dzieciaki będą zachwycone objadając się zdrową domową pizzą, także nie zwlekajcie. Przy zamówieniu wystarczy podać kod Pruna by otrzymać 20% rabatu. 


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jak kochać kobietę

Łatwo jest kochać piękną kobietę. Taką inteligentną, zaradną prawdziwą babkę z klasą. Spełnioną zawodowo, z zainteresowaniami, oczytaną. Troskliwą, zabawną i nie nachalną. Taką co przy tym potrafi lunchbox do roboty przygotować i czasami jakąś koszulę wyprasować. Takie kochanie właściwie samo się robi. 
Często zarzuca się wielu z nas, że po ślubie to już na bank ze szpilek przeskakujemy w conversy, że makijaż i bielizna w jendym kolorze pozostają w strefie mglistych wspomnień i ewentualnych wielkich uroczystości.  
No a po dzieciach? Po dzieciach to już generalnie armagedon. Że niedoczesane, niedomalowane, pogniecione, że bałagan, że transformacja w kurę domową pełną gębą. Można tak długo.
To samo tyczy się kobiecego narzekania. Bo piwny brzuszek zamiast kaloryfera. Bo wiecznie w pracy. Bo nieodpowiedzialny, nie można go z dziećmi zostawić. I tak dalej. Lista nie ma końca. Piszę z perspektywy kobiety, bo jestem kobietą. Jak wiadomo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


 
Nie chodzi o to, żeby każda laska biegała w niebotycznych obcasach. Nie chodzi o to, by każda biegła na spacer z dzieckiem w pełnym mejkapie. Nie chodzi o to, żeby każda zarywała nocki ściągając mleko do pojemników, rankiem pędząc do swojej ukochanej pracy. Nic bardziej mylnego.
Chodzi o równowagę.
Jest w tym wszystkim sporo prawdy. Jednak każdy kij ma dwa końce. 
Do tego, by normalna dziewczyna stała się taką piękną kobietą, o której piszę, jest długa droga. Ta droga wymaga zaangażowania jej samej i jej partnera w cały ten proces. Bo jak inaczej poświęcić się pasji. Jak inaczej zmarnować czas na zakuwanie do sesji, skoro luby czeka? Jak być oczytaną, jeśli nie ma chwili na czytanie? Bo gary, bo pranie, bo kosz ze śmieciami? Bo dzieci? No i wreszcie, bo żona Jaśka, to sama zobacz, ona to sobie ze wszystkim świetnie radzi.
Taka żona Jaśka staje się obiektem zazdrosnych spojrzeń. Często staje się obiektem fantazji.  Często staje się przyczyną problemów. Co za bzdura. 
Wystarczy sięgnąć pamięcią do początków. Dlaczego ona? Jak to właściwie wyszło? I proste, okazuje się, że mamy w domu nie heterę, nie ostatnią wiedźmę, straszydło w dodatku. Tylko piękną kobietę, która może gdzieś po drodze pozostawiła swoje pasje na rzecz parowania skarpetek. Może zrezygnowała z korpo i prestiżowych wypadów na rzecz wożenia maluchów do przedszkola. Może nie wybrała się na ten kierunek o którym tyle kiedyś mówiła, bo w sumie to nikt jej w tym pomyśle nie wspierał. 
Łatwiej było pójść na jakiegoś pewniaka, wiadomo z aktorstwa, fotografowania, pisania, archeologii nie jest łatwo żyć. 
A jak ona się śmiała! Na wszystkich spotkaniach otoczona wianuszkiem roześmianych gęb obu płci wodziła rej. No i miała tą iskrę. Było w niej coś, co nie dawało spokoju. No tak, gdzie to sie podziało?
Otóż między skarpetkami pewnie się podziało. Albo gdzieś między karmieniem o drugiej nad ranem a zmianą pampersa o czwartej. Albo może podziało się w drodze od pralki do zmywarki. Albo może gdzieś między taksówką a metrem. 
Gdzieś w tej codziennej gonitwie często gubi nam się to coś. To coś, czego brak czasami da się znieść, a czasami powoduje całkowitą gehennę w związku.
To samo dokładnie dzieje sie po tej drugiej stronie. W końcu naprawdę trudno ciężko pracując, łapiąc nadgodziny by utrzymać rodzinę i dorobić na porządne wakacje zadbać o kaloryfer i pamiętać o kupnie kwiatów. Wiem, można. Tak samo, jak można na spacer z dzieckiem w szpilkach. Pewnie, że tak. Tylko jest to trudniejsze i często po prostu w natłoku codziennych spraw idziemy po najmniejszej linii oporu. 
Nie można za to winić ani faceta, ani kobiety. Po prostu dzieje się. Czasami z zaniedbania, czasami z braku konsekwencji. Czasami z lenistwa. Czasami z odkładania na później. Czasami z przyzwyczajenia. Gubi sie i już.
Czasami warto tego poszukać i odzyskać.
Serio. 
Zanim zaprzepaści się iks lat właściwie fajnego, dobrze funkcjonującego związku na rzecz żony Jaśka, czy tego superprzystojniaka spod czternastki. Warto przysiąść i zastanowić się. Nie nad tym, co się dzieje teraz. To jest oczywiste. Nad tym, gdzie i w którym momencie zgubiło się to "coś". Tak na zimno. Bez szukania winnego i zasłaniania się wszelkiego rodzaju wymówkami.
Bo wina jest zawsze po obu stronach. 
Pozostaje więc kwestia najważniejsza.
Naprawić, czy wywalić i wziąć nowe.
Bo wiecie nowe, to też może być bubel.  
A conversy też mogą być fajne, jeśli właścicielka stóp dysponuje szerokim szczęśliwym uśmiechem. 
Nie dajmy się zwariować stawiając wymagania, bez własnego wkładu i pracy.
To tak z moich przemyśleń. Jak uważacie? Naiwna jestem?