expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 3 września 2016

Jarzębina

Nostalgicznie dziś. Na boisku mojej podstawówki rosły jarzębiny. Korale robiliśmy.
Skakaliśmy przez płot uciekając przed woźnym. 
Za szkołą robiłyśmy "sekrety" ze znalezionych kawałków szkła i kwiatków. 
A w korzeniach drzew przy starym browarze robiło się świetne domki.
W późniejszych latach za salą gimnastyczną popalaliśmy papierosy. 
Na szkolnych dyskotekach ja osobiście podpierałam ściany i spuszczałamm wzrok robiąc się czerwona jak pomidor, gdy ktoś "zagadał". 
Potem zaczęłam się garbić. To dlatego, że przerosłam wszystkich w klasie. 
Nosiłam rurki i koszule w kratę. Nie miałam butów sportowych znanej marki i  miałam to głęboko w poważaniu. Niektórzy mieli. Ale nie wszyscy. 
Do szkolnego sklepiku na przerwach biegałam po słodycze, podstawowy element diety dziecka. 
Skakałam w gumę, kiepsko zresztą, ale z zapałem. Kiedy krowa dawała czarne mleko zawsze musieli mnie dopaść, jako jedną z pierwszych. Za to, gdy przychodziła pora oddawania wypracowań z polaka byłam spokojna. Zdarzało mi się takie wypracowanie na kolanie napisać. 
Miałam problemy z matmą.
Podziurawiłam sobie palce zszywaczem robiąc okładki na książki w szkolnej bibliotece. 
Nienawidziłam higienistki i szkolnej dentystki. 
Ale miałam zwolnienie z fluoryzacji. 
Chuda byłam okropnie, chłopaki się ze mnie śmiali. 
Do tego mówiłam tak cicho, że też się śmiały nawet dziewczyny, że moje "czść" było niewidzialne i niesłyszalne. 
A mówili na mnie klakier. Bo drapałam. 
Co okrutniejsi nazywali mnie królikiem ze względu  na górne jedynki. 
Po latach zakompleksionego schylania głowy przyznaję im rację, jedynki mam niebylejakie. 
Nie nosiłam aparatu, w tych czasach nieliczni nosili. Ci co nosili, dopiero mieli ciężkie życie. 
Złamałam rękę. Jakieś szesć razy.
W ósmej klasie napyskowałam pani od geografii. Sama byłam zaskoczona, że tak mnie poniosło, pojechałam po całości.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy po wakacjach, w nowej szkole czekając przed klasą zobaczyłam ją zmierzającą ku nam z kluczami i dziennikiem. Miałam kilka takich wpadek. Takich i grubszych.

W ciągu ośmiu lat podstawówki zawarłam najpiękniejsze znajomości w całym moim życiu. Nigdy później nie spotkałam takich ludzi. Wiśnia, Maja, Ziomek, Fryta, Mery, Natalia i Madzia i Jachowa i Ernia. Nie wymieniam wszystkich, bo nie da się. Stworzyli moje wspomnienia. Piękne wspomnienia. Może to śmieszne, ale z wieloma z nich mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie ważne, że rozjechaliśmy sie po świecie, że mamy dzieci, mężów, żony, rozwody i inne perypetie. Nadal wpadam właściwie bez zapowiedzi. Nikt się nie krzywi.
Teraz tak sobie czytam na fejsie te memy o nieszczęśliwych dzieciach idących do szkoły i szczęśliwych rodzicach, bo wolna chata. No tak mamy, ale serio? Bo ja mam wrażenie, że gdyby ktoś nam zaoferował powrót, to może jedna na sto osób by odmówiła.

Później w ogólniaku już było inaczej, chociaż ja miałam szczęście. Małe miasteczko rządzi sie swoimi prawami. Moje przyjaźnie przetrwały, doszły nowe. Zamiast na trzepaku spotykaliśmy się na kręgielni (z kręgielnią nie miała nic wspólnego, organizowano tam za to młodzieżowe dyskoteki, takie do 12, lub max do 2 w nocy)
Zafarbowałam włosy na rudo.
 Na przerwach biegałam do cukierni po eklery. I po pączki z lukrem.
Anka śpiewała na "okienkach", jak siedziałyśmy schowane gdzieś na końcu korytarza. Matko, jak ona śpiewała. 
Ja nie umiałam śpiewać. Do dzisiaj nie umiem.
Nosiłam czarne paznokcie.
Notorycznie wylatywałam z lekcji biologii z nakazem zmycia lakieru.
uparcie wracałam z pomalowanymi paznokciami. Głupia. Oceny z biologii fatalne.
"Rzuciłam palenie" aż do klasy maturalnej.
Na wagary jeździłam do Gorzowa, do siostry.
Zamiast zimowej kurtki wolałam swoją dżinsówkę.
A do szkoły nosiłam idiotyczny plecaczek w rozmiarze dla trzylatka.
Właściwie chyba plecak mojego syna jest większy.
Znowu miałam problemy z matmą. 
Później poszłam na ekonomię. Głupia.
Adi i Karmel. I Anka co śpiewała i druga Anka, dziś bibliotekarka. I Kasia, którą wywiało na Cypr. Ziomek poszła do innej szkoły, dużo później wyjechała  na wyspy. Fryta do Poznania, Adi do Szczecina. Madzia dziś czasami się nade mną znęca, służbowo. Maja poszła do innej szkoły, odnalazłyśmy się po kilku latach, trzymamy sie do dziś. Wiśnia była w równoległej klasie. Po szkole nawet przez pewien czas mieszkałyśmy razem, ale o studenckich mieszkaniach to możnaby nie tyle osobny post napisać, co całą książkę. Do dziś wpadam do niej bez zapowiedzi. Już nie przypala wody w czajniku. Świetnie gotuje. 
Zmieniamy sie wszyscy, a jednocześnie jesteśmy tacy sami. Dla wybranych. Dla tych, co znaja nas od podszewki. Dla tych, co poznali nas, gdy jeszcze nie umielismy stwarzać pozorów. 
Jak ja zazdroszczę tym dzieciakom tego pierwszego września.
Tych przyjaźni, wspomnień, jarzębiny i skakania przez płot.


Nawet jeśli teraz wchodzi się na drzewo, żeby zrobić dobre selfie. To i tak trzeba na nie wejść.
Spadając można złamać rękę. Jak ja.

Tymczasem wrześniowo po wyjeździe większości zagramanicznych turystów plażymy się wieczorami łapiąc ostatnie dni wakacji.
Moje dziecię 12 września zaczyna szkołę.
W wieku trzech lat. Obadamy co to będzie.




niedziela, 28 sierpnia 2016

Figueres - Salvador Dali - turystyka regionalna


Znacie gościa z modnych ostatnio tatuaży? Takiego z długaśnymi spiczastymi wąsami i spojrzeniem wariata? To właśnie Salvador Dali. 
Jednym będzie się jego sztuka podobała, innym niekoniecznie. Kwestia gustu. Jednak obejrzenie muzeum, gdy ma się do niego kwadrans drogi należy zaliczyć do obowiązkowych.
Co zabawne jakiś czas temu mieszkaliśmy w Figueres, gdzie to muzeum się znajduje i kopułę widziałam z tarasu. Wtedy miałam za  daleko. No cóż. Czas na pierwszą wizytę przeszedł trochę później. Ostatnio wybralam się z moimi letnikami po raz kolejny. Tym razem Młody został w domu, matka zrobiła angielskie wyjście.

Muzeum nie jest drogie. Wejściówka dla dorosłych to 14 euro, dla młodzieży 10 euro.
Uważam, że stosunkowo niedrogo. 
Obsługa muzeum sugeruje czas 1,5 h na zwiedzenie całości i jest to całkiem trafione.
Muzeum jest otwarte do 20.00. 
Tym razem weszłyśmy bez kolejki, jednak przy mojej poprzedniej wizycie w południe i latem musiałam odstać swoją godzinkę w kolejce po bilety. Mimo wszystko warto.
Może nie warto w środku lata pchać się z trzylatkiem, czy z mniejszym bebem, ale już mojej dwunastoletniej siostrzenicy bardzo sie podobało.

Zdjęć nie zrobiłam dużo. Bieganie po muzeum z aparatem w momencie, kiedy coś się widzi kolejny raz może mieć sens, jeśli dysponujesz dobrym aparatem. Mój jest słaby, a umiejętności jeszcze słabsze. Także ten. 
Porządne zdjęcia znajdziecie w necie.
Zrobione przez profesjonalistów i w okresie, jak nie ma zwiedzających.


No i poniżej macie kilka fotek baby zasłaniającej eksponaty.
Auto moich marzeń i pomysł na sypialnię inną niż wszystkie.