expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 4 listopada 2016

w poszukiwaniu jesieni

Dla odmiany zaproszę Was dziś na spacer po wiosce. Spacer w poszukiwaniu jesieni. Jak wiadomo mieszkam w ciekawym miejscu, więc oznaki jesieni też są ciekawe i nieco inne, niż te do których jestem przyzwyczajona.
Nie napiszę zbyt wiele, popatrzcie
Nie oddaliłam się zbytnio od domu, jakieś pięćset metrów w każdą stronę może.
Tak wygląda moje otoczenie. Przedstawiam Wam moją wiochę z jej klimatycznymi zakątkami.
 


Klasyczna oznaka jesieni, to zmagazynowane pod domami drewno do palenia. Leży sobie tak po prostu tu i tam i nikt się go ani nie czepia, ani nie kradnie.







O, tutaj bardziej się postarali. Wszystko ładnie poukładane.



Moja wioska obfituje w różnego rodzaju tajemnicze drzwiczki różnej wielkości. Co się za nimi kryje? Czasami lepiej nie wiedzieć ;)



Kolejna oznaka jesieni. Kaktus odzyskał kolor.





A oto poczta. Nie tyle jesienna, co pomysłowa. Listonosz się nie nabiega. Zainteresowani sami przyjdą. Coś, jak metalowe skrzynki na półpiętrach w blokach.






 


Dojrzewają cytryny, czyli jesień pełną gębą.



Nie. To nie są śliwki :)



Jak Wam sie podoba moja jesień?

wtorek, 1 listopada 2016

36

Często trafiam w sieci na różne posty o tematyce urodzinowej. Urodzinowej w sensie "Co zmienia się po trzydziestce", "Niedługo trójka z przodu" itp. U mnie kolejne trzydzieste. Osiemnastka tak zwana. Na każdą nogę osiemnastka.
Wypadałoby zrobić małe podsumowanie.
Co zmieniło się w moim życiu po trzydziestce?
Zmieniło się sporo rzeczy. Podobnie, jak po dwudziestce zmieniło się sporo. Generalnie co roku mogłabym robić takie podsumowanie i co roku stwierdzałabym, że zmieniło się.
Ale na poważnie.
Z całą pewnością przyszedł spokój
 
Nie spokój związany ze stabilizacją, założeniem rodziny, kupnem domu czy innym zupełnie normalnym wydarzeniem. Te akurat wydarzenia przyniosły wszystko z wyjątkiem spokoju.
Spokój związany z nabyciem umiejętności analizowania pewnych zachowań i okoliczności chłodnym okiem. Zawsze byłam choleryczką i to już jest kwestia charakteru. Na pewno nie zmienię się w potulna owieczkę, chciałabym czy nie, pewnych rzeczy po prostu się nie da. Jednak doświadczenie w przeżywaniu różnych sytuacji nauczyło mnie inaczej te sytuacje postrzegać z biegiem lat.
Lubię ten spokój. Nie jest to cynizm, nie wyrachowanie, nie oziębłość.
Szlag trafia mnie dokładnie tak samo, jak dwadzieścia lat temu jeśli dostaję kopa w plecy. Zresztą nie znam osób, które szczerze powiedziałyby, że ich nie trafia.
Nie reaguję w taki sam sposób na takiego kopa i owszem.
Czasami po prostu dla własnego dobra, oszczędzenia własnych nerwów i czasu straconego na szukanie wyjścia z sytuacji, z której wyjścia nie ma olewam własne zdenerwowanie. Olewam mówiąc sobie 


Czasami jest dokładnie odwrotnie. 
Ludzie notorycznie z uporem maniaka pakujący się z buciorami w moje życie przez wiele lat dostawali na to moje przyzwolenie, przygryzałam język później popłakując w poduszkę. Tutaj jednak jest rozwiązanie. Dla własnego dobra, dobra moich naibliższych, życiowego komfortu z biegiem lat zmieniłam swoje reakcje. Na zbity pysk z mojego życia wyleciało parę osób, których teoretycznie wywalić nie wypadało, bo rodzinne układy, bo to, czy tamto. 

Nie ma to tamto

Mam święty spokój i jest mi z tym spokojem dużo lepiej, niż ze stresem wiążącym się z "a co powie..." Nie macie pojęcia, jak dobrze się żyje bez zbędnego stresu.

  
Negacja własnych błędów chyba też jest prawem młodości (tfu paskudnie to zabrzmiało) jednak teraz potrafię stwierdzić szczerze, gdzie popełniłam błąd i jakie miało to konsekwencje. 
Z tymi błędami też oczywiście są dwie strony medalu. Są takie błędy, których popełnienie spowodowało zagryzanie się przez długi czas. To też mi przeszło. 
Co się stało, to się nie odstanie.
Nie podchodzę pasywnie do otaczającej mnie rzeczywistości. Zupełnie odwrotnie, staram się tą rzeczywistością tak manipulować, by w efekcie w okolicznościach, w jakich się znalazłam wraz z moimi bliskimi dało się wytrzymać. By dało się fajnie żyć, choć nie zawsze jest kolorowo.


 Priorytety
 
Nie zależy mi tak bardzo, jak zależało mi dawniej na pewnych rzeczach. W zamian za to na innych zależy mi dużo bardziej.
Nie czuję się staro, ale też nie czuję się jak szalona nastolatka i nie jest mi z tym źle.
Oczywiście są chwile, kiedy wspominam pewne etapy mojego życia i czuję lekkie ukłucie nostalgii, jednak chwilę później łapię się na tym, że uśmiecham się kontemplując cudowne wspomnienia. Tak, to jest kolejna rzecz, której się nauczyłam. 


Wcześniej nie umiałam zaliczyć jakiegoś etapu do zamkniętych, ciesząc się, że miał miejsce. Często szukałam odświeżenia tych czasów i gdy mi się to udawało byłam zawiedziona, że nie cieszyło w taki sam sposób.



Zrobiłam się wygodna
W inny sposób cieszę się z jakości życia. Ja wiem, radość z porządnego żelazka to jest starość w czystej formie. Wiem, wiem. No ale co mam zrobić, skoro naprawdę się z niego cieszę?  Oszczędza mi sporo czasu, który mogę spożytkować dużo lepiej. Oszczędza mi sporo nerwów i kilku małżeńskim kłótniom też zapobiegło. Podobnie polubiłam mój dzieciowóz, czyli samochód standartowej mamy z dzieckiem. Tyle toto ma gadżetów ułatwiających podróż z najbardziej wymagającym członkiem rodziny. Także cieszą mnie detale poprawiające jakość życia. Kiedyś miałam je gdzieś.
Lubię pomieszkać. Stałam się domatorką. Przez jakieś dziesięć lat mieszkałam w walizce. Mniej lub bardziej dosłownie. Byłam w stanie w 20kg bagażu zmieścić wszystko co mi potrzebne do życia i zmienić miejsce zamieszkania w ciągu kilku dni. To już czas przeszły. Teraz naprawdę lubię sobie w domu posiedzieć.


Tęsknota
Tęsknię inaczej, bardziej, głębiej. W moim przypadku oprócz upływu lat mają na to wpływ wydarzenia, w jakich dane mi było uczestniczyć. Tutaj nie mogę byc obiektywna, może to skrzywienie spowodowane właśnie tymi wydarzeniami. Może nie ma nic wspólnego z wiekiem.
Strach przeżywam zupełnie inaczej. Niestety, jak powyżej. Strach przeżywam mocniej, głębiej. To też w pewnym stopniu mogę zrzucić na karb wydarzeń z ostatnich lat. Nie musi mieć związku z wiekiem. Choć wracając do konsekwencji. Jestem bardziej świadoma otaczających nas zagrożeń, konsekwencji pewnych zachowań, czy ich zaniechania.



Jestem mieszczuchem. Urodziłam się w mieście, wychowałam, uczyłam, pracowałam w mieście. Mieszkałam w ogromnych miastach. Tata od dziecka próbował we mnie zaszczepić miłość do przyrody i choć przez lata myślałam, że jego starania poszły na marne, to chyba jednak mu się udało. Tylko trochę mam opóźniony zapłon, jak na blondynkę przystało. Od kiedy mieszkam na wiosce szlag mnie trafia, wiadomo. Nie ma kawiarni, sklepów, nie ma kina, teatru, nie ma bucików ani torebek. Posadziłam kwiatki. Serio. I nawet nie wszystkie zdechły.



Odkryłam w sobie zamiłowanie do majsterkowania, renowacji i tworzenia. Zamiłowanie do dekoracji wnętrz. Coś, o czym przed trzydziestką nie tyle nie myślałam, co zaliczałam do rzeczy, które kompletnie mnie nie interesują i nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Nie mogę powiedzieć, że na swoim to się chce, bo przecież na swoje poszłam w wieku dwudziestu dwóch lat i nie chciało mi się za bardzo.





Tak. Takie prozaiczne i przewidywalne. Otóż nie. Nigdy nie byłam typem oszczędzacza. Wręcz odwrotnie, byłam mistrzem w wydawaniu pieniędzy. Przed trzydziestką troszkę się zmieniło. Stwierdziłam, że warto oszczędzać i nawet spróbowałam. W wyniku pewnych wydarzeń zarzuciłam ten plan. Nie oszczędzam, cieszę się chwilą. Jutro możemy być tylko powietrzem. Nie jest to zmiana? Owszem jest. Nie szaleję wywalając ciężko zarobione euraki na pierdoły. Wydaję je na rzeczy, których posiadanie bądź przeżywanie bardzo mnie cieszy. Nie chowam w skarpetę na zaś. Wiem, że zaś może nie być. Jedynym osobnikiem, którego w jakiś sposób zabezpieczam na zaś jest Młody, ale to nie ma związku ani z moim wiekiem, ani ze zmianami potrzydziestkowymi. 
Bycie matką to tak samo, jak bycie blondynką. To stan umysłu. Po prostu.
To najpiękniejsza zmiana tych ostatnich lat.


Mam fajnego, wesołego męża, z którym ciężko się nudzić i najcudowniejszego syna na świecie.
Rozpisałam się. Pewnie możnaby tak jeszcze długo.
To chyba jednak najważniejsze zmiany, jakie się we mnie dokonały w ciągu ostatnich sześciu lat.
A u Was co się zmieniło po trzydziestce?