expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 9 listopada 2016

Trup

Matka polka z piekła rodem. Wzorowa można powiedzieć żona. 
Dzień z życia.
Scena pierwsza: "Obiad"  
W pośpiechu sięgnęłam po nóż rozwarstwiając korpus nieboszczyka. Bardzo udane cięcie. Jeszcze kilka podobnych i trup zamieni sie w czyściutkie, pięknie wyfiletowanee mięsko. Spieszę się, jednak ruchy są pewne, mechaniczne. Nie pierwszy w końcu raz borykam się z niechcianymi zwłokami. Teraz pozostaje panierowanie, smażenie i oglądanie uśmiechniętych buzi moich chłopaków w słodkiej nieświadomości po raz kolejny pochłaniających kawałki mięsa, nazwane kurczaczkiem. Okrutne. Cóż. To określenie dziś nie wzbudza we mnie żadnych emocji. Trup, jak każdy inny i trzeba z niego dziś zrobić użytek, a wysłuchiwanie marudzenia powoduje u mnie ostatnio mdłości. Obiad będzie pyszny, ziemniaczki z koperkiem i surówka będą świetnym towarzystwem dla mojego nieszczęsnego denata.
Krew pozostałą na desce starannie zmyłam, nie wiedzieć czemu wdrygnęłam się, jak nowicjuszka. Resztkami trupa poczęstowałam psa. W końcu trochę luzu w zamrażarce. Wspominam z uśmiechem dzień, gdy ślubny wmaszerował do domu taszcząc wielką zamrażarę na laweciaku i moje okrzyki  sprzeciwu, że takiej landary absolutnie nie, że nie ma mowy. Gdyby nie landara nie  byłoby szans na ukrycie tego cielska przed moimi chłopakami. Przez dłuższy czas bałam się, że któremuś przyjdzie do głowy przegrzebanie jej szuflad i odkryją moją tajemnicę. Nie wpadli na szczęście na ten pomysł. Ciężko byłoby wytłumaczyc jego obecność między stekami i mrożonymi warzywami. Najgorsze były kończyny. Gdyby je ujrzeli, nici z wmawiania, że kurczaczek. Dziś w końcu ostatnie kawałki denata znikną pochłonięte w radosnym  szwargocie przy obiedzie. Swoją drogą jaka naiwność powodowała, że wydawało mi się, że zajrzą do zamrażarki? Niby po co? Samochodów, klocków i innych takich tam raczej nie ma, wiadomości też nie da się w niej obejrzeć.
Jestem już spokojniejsza. Nawet filetowanie musiało przebiec w atmosferze stresu, przy półotwartym oknie, nasłuchując, czy ślubny nie zbliża się do drzwi. Zacieram ślady. Mija kolejnych pięć minut. Teraz nie ma mowy, żeby ktokolwiek domyślił się, co się tu przed chwilą wydarzyło. Blat zdezynfekowany, noże i deska na swoim miejscu. Nie ma śladu wykonanych przed chwilą czynności.
Po raz kolejny udało mi się doprowadzić niecną misję do końca. Podobno najlepszym sposobem na pozbycie się niechcianych zwłok jest nakarmienie nimi świń. Jednak co to za marnotrastwo. Pomijając już fakt, że świń w domu nie posiadam i zainstalowanie takowych spotkałoby sie z pewnością z podejrzliwymi spojrzeniami i szeregiem pytań. No i ten smród. A tutaj, proszę, czyściutko, kawałek po kawalku i nikt się nie zorientował. Trup z zamrażarki zniknął a i do masarni nie  trzeba było zachodzić by skompletować smaczny obiad.
Z kawałków kończyn trupa kilka dni temu zrobiłam pyszny rosół. Doprawiłam po swojemu i nie spotkał się z żadnym negatywnym komentarzem jedzących, został wręcz pochłonięty w całości. Łącznie z kawałeczkami mięsa starannie oddzielonymi od kości, pokrojonymi i umieszczonymi w każdym z talerzy.
Gulasz z  trupa z grzybkami znalezionymi w pobliskim lesie również okazał się sukcesem. Tutaj, przyznam się wspomagałam sę cielęciną, by wyszło jakoś tak normalniej. Jednak mogę zaliczyć ten zabieg do udanych.
Tak oto poradziłam sobie z ofiarowanym przez sąsiada indykiem, który z niewiadomych przyczyn jest typem mięsa, jakiego moi chłopcy jeść nie chcą. 
A jednak.
Kurtyna.