expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 12 stycznia 2017

Pięć sposobów na usprawnienie poranków



Podobno sekret udanego dnia tkwi w tym, żeby wstać wcześnie. Wzięłam sobie to mocno do serca.  Wstaję o czwartej nad ranem. A co sobie będę żałować. Nie, nie jestem nienormalna. O piątej zaczynam pracę. Jest kilka trików, bez których moje poranki zamieniłyby się w kompletny chaos.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jest 4:45 rano, wybiegam z domu oczywiście o kilka minut za późno. Wiatr urywa łeb, jest ciemno a zacinający pod kątem deszcz skutecznie rozprawia się z moim makijażem. Trochę wyglądam już jak Freddie Kruger, a dzień się przecież jeszcze nie zaczął. Może to i lepiej, w ciemności nie widać. Dobiegam do auta, szarpię za klamkę a ono nic. Nie reaguje na sugestie prośby, zaklęcia ani kopniaki w oponę. Wściekłość, bezsilność i setka innych emocji i paskudnych słów, którymi upiększam ten moment. Koniec końców nie pozostaje nic innego, jak obrócić się na pięcie i pognać w strumieniach deszczu do domu w poszukiwaniu kluczy od auta. Technologia. Tfu.
Tak było. Nie raz i nie dwa razy.

Więc po pierwsze RUTYNA. Rutyna, rutyna i jeszcze raz rutyna. Jeśli chcesz, żeby Twój poranek nie zmienił się w armagedon i nie zepsuł Ci reszty dnia opracuj plan. Stwórz listę czynności, których wykonanie przed wyjściem z domu jest konieczne. Nie oszukujmy sie, w większości wypadków poranki to wyścig z czasem.
U mnie wygląda to następująco. 


1. Szklanka wody z cytryną



Wszyscy już wiemy, że nasz organizm odwadnia się podczas snu. Wiemy, jak ważne jest picie wody tuż po przebudzeniu. Bla bla bla, jednak trzeba o siebe dbać, chociaż troszeczkę. Początkowo nie bardzo wiedziałam, jak upchnąć tę szklankę wody w tak krótkim czasie, skoro przed wyjściem muszę wypić kawę. Rozwiązanie okazało się proste. Wieczorem przed snem zabieram do sypialni szklankę wody z plasterkiem cytryny. Podczas porannej toalety między myciem zębów a przekleństwami rzucanymi tuszowi do rzęs, który rozciapciał się po facjacie przy malowaniu w połowie jeszcze zamkniętych oczu wypijam. 


2. Outfit służbowy na następny dzień

 





Kolejna rzecz, której przygotowanie przerzuciłam na wieczór. Oszczędza mi to czas, nerwy zmarnowane na szukanie ich po omacku, gdy jeszcze mózg nie reaguje i poobijane piszczele oczywiście. Nie bawię się w pogodynkę, do przygotowanego zestawu dokładam dodatkowy swetr i przewiduję buty na deszcz, lub brak deszczu.

 3. Śniadanie

 


Rzecz dla mnie absolutnie niezbędna. Kawa i cokolwiek na ząb. Bez tego nie jestem człowiekiem. Jeśli jak ja, do pracy dojeżdżasz samochodem postaraj się nie wsiadać za kółko z pustym żołądkiem. Plus sto do samopoczucia i szybkości reakcji na drodze gwarantowane. Lubię tosty z marmoladą na śniadanie. W związku z tym masło wyjmuję z lodówki wieczorem. Każdy wie, jak potrafi człowieka wyprowadzić z równowagi masło, które zamiast dać się rozsmarować, turla się po chlebie w te i nazad za nic mając nasze wysiłki. Zastanów się więc wieczorem, co zjesz przed wyjściem do pracy. Zajmie to chwilę, a dzień zaczęty z pełnym żołądkiem napewno będzie lepszy.


3. Służbowa torebka



Jestem typową kobietą z typowym kobiecym defektem. Kolekcionuję. W moim wypadku są to torebki. Uwielbiam. Buty też, ale torebki to jest w moim wykonaniu po prostu coś na kształt arsenału przeciętnego kolekcjionera broni. Ile razy dojeżdżałam do pracy i na miejscu okazywało się, że nie mam połowy potrzebnych rzeczy, bo poprzedniego dnia zmieniłam torebkę? Milion co najmniej. Zdecydowałam przeznaczyć jedną (tak naprawdę trzy, ale to już inna historia) na służbową. Mam w niej kosmetyczkę z wszystkimi potrzebnymi gadżetami (w przypadku zmiany służbówki na inną tylko przerzucam kosmetyczkę), dwa długopisy, notatnik, rękawiczki (w mojej pracy niezbędne niezależnie od pory roku) i co najważniejsze dyżurny komplet kluczy do wszystkiego. Znaczy się samochodu, domu i pracy. Komplet ten z torebki się nie rusza. Tym sposobem nigdy już nie ma sytuacji, o której pisałam na początku.


5. Blat w kuchni i stół

 

Musi być czysty zanim pójdziemy spać. Nawet jeśli w zlewie piętrzy się stos naczyń, blat musi być ogarnięty i gotowy do użycia. Stół musi być czysty. W innym wypadku nie zjem spokojnie śniadania przed wyjazdem, bo nie będę umiała go przygotować w syfie a tym bardziej w syfie zjeść. Fajnie, jeśli naczyń w zlewie nie ma, ale jeśli są to się tym nie martwię. Wiem, że ślubnego, gdy zobaczy czystą kuchnię i bajzel w zlewie ruszy sumienie i pozmywa zanim wrócę. 


Tak już na koniec, po szóste jeśli już zorganizowałaś swój poranek i wszystko jakoś idzie, przed wyjściem spójrz na swoje stopy. Tylko na momencik. Jeden rzut oka wystarczy, by zorientować się, czy przypadkiem nie maszerujesz do auta w kapciach!


wtorek, 10 stycznia 2017

Moje największe marzenie. To do list na 2017 rok.

Z całą pewnością lwia część was zaczęła rok z listą postanowień. Będziecie chodzili na siłownię, zumbę, zapiszecie się na basen, aerobik, czy jogę. Będziecie stosowali się do zaleceń lekarzy i dietetyków. Będziecie rzucali palenie. Zaczniecie biegać. Albo chodzić. Albo zamiast samochodem jeździć rowerem. Albo chodziaż autobusem.Będziecie jedli sałatki i chodzili do kina. Będziecie czytali książki i uporządkujecie milion zaległych spraw. Pójdziecie na zapomniane studia, zrobicie kursy. Będziecie się żenić i rozwodzić. Starać o dzieci i hipoteki.
Ja też mam swoje postanowienie.Tylko jedno.
Nie, nie myślę o ograniczeniu wydatków na wyprzedażach. Nie oszukujmy się. Wyprzedaże są fajne i nie będę sobie przyjemności odbierać.
Na rok 2017 zaplanowaliśmy wykończenie parteru, postawienie ściany płaczu, wymianę kuchni, odnowę nie wiem sama ilu gratów i stworzenie nie wiem ilu innych projektów. Zrobiłam listę rzeczy koniecznych do zrobienia w domu. Z podziałem na kolory i preferencje. Z podziałem na to, kto ma się czym zająć. Z podziałem na pomieszczenia. Każde z zadań jest rozłożone na mniejsze etapy, by "odhaczając" czuć się lepiej i mieć motywację do dalszego działania. Jednak nie. Ok, dobrze będzie jeśli uda się je wykonać, jednak nie mają znaczenia. Żadnego.
Moje postanowienie jest przyjemne.
Jest potrzebne.
Jest konieczne.
Moje postanowienie jest moim marzeniem. A marzenia trzeba spełniać.
A wszystko zaczęło się 24 grudnia 2016r.
Szliśmy już spać. Bardzo późno, nie sposób było Miniczłowieka zmusić do zostawienia nowych zabawek przyniesionych przez Mikołaja i Tio. W końcu jednak wymiękł. Mamy swoje tradycje. Tuż przed zaśnięciem zawsze chwilę sobie gadamy. W tej rozmowie dowiedziałam się, że skoro nie idę do pracy a Miniczłowiek ma ferie, to będę się z nim bawić. 
No i bawiłam się.
W sumie tylko jeden dzień spędziliśmy cały poza domem, na wycieczce w góry. Resztę tych dwóch tygodni nie ruszaliśmy się zbyt daleko. Malowaliśmy szyszki. Stworzyliśmy drewnianą choinkę, ozdobiliśmy ją i powiesiliśmy w kąciku Miniczłowieka. Spacerowaliśmy, gotowaliśmy drewniane marchewki i smażyliśmy gumowe jajka. Piliśmy wymyśloną kawę z plastikowymi ciastkami. Tworzyliśmy konstrukcje z klocków, lataliśmy samolotami. Zbieraliśmy kwiatki i inne zielska, bo mama chciała nieświąteczny bukiet na stół. Czesaliśmy rokiego, żeby mu się ładnie sierść błyszczała. Rysowaliśmy kredą po chodniku. Uczyliśmy sie angielskiego z miniskrabli. Jeździliśmy załatwiać sponsorów naszego szkolnego bingo. Trenowaliśmy wchodzenie na piętrowe łóżko po linach, do nowo powstałego kącika lektury. Wytarzaliśmy się w błocie, przypadkiem. Co zrobić, jak się ma matkę kalekę co się w lesie przewraca.  Rysowaliśmy traktory i samoloty. Gasiliśmy plastikowe pożary i składaliśmy puzzle. Malowaliśmy się w kota i mysz. Byliśmy smokami i dinozaurami. Biegaliśmy po lesie w poszukiwaniu patyków dla krów, bo jak twierdzi Miniczłowiek, krowy bardzo lubią patyki. Ale muszą byc proste. Szukaliśmy też szparagów. Byliśmy koalą, żabą i psem. Czytaliśmy bajki i oglądaliśmy filmy. Uciekaliśmy przed potworami i byliśmy duchami. Wytatuowaliśmy sobie całe przedramiona i uda w dinozaury, biedronki i ptaki. Tropiliśmy też Trzech Króli samochodem po okolicznych lasach. Wytarzaliśmy sie w błocie. Przypadkiem. Co zrobić, jak się ma matkę co się w lesie przewraca.Zawsze razem.
Wiem, mogliśmy w tym czasie gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Jednak byliśmy w tylu wyimaginowanych podróżach, w tylu wspaniałych krainach, że nie trzeba było.
Tak właśnie powstało moje noworoczne postanowienie.


Jedno, jedyne.
Moja codzienność ostatnich dwóch lat, dwa etaty, walka o postępy w rehabilitacji ślubnego znajomego, ciągłe starania by nikomu nic nie brakowało zabrały mi wiele tych chwil. Zbyt wiele.



Nie obchodzi mnie, że prasowanie sie spiętrzy, choć ciężko będzie mi na to patrzeć. Zamknę drzwi i poprasuję, jak młody będzie w szkole.
Nie obchodzi mnie, że zamiast zaplanowanego remontu trzeci rok będę wchodziła do domu przez budowę. Trudno się mówi. Po południu będę spała, by mieć siłę na zabawę później, gdy Miniczłowiek wróci ze szkoły.
Mam kilka książek, które czekają na swoją kolej. Jednak to nie paragony z sumermarketu, druk na nich nie wyblaknie, jeśli jeszcze trochę poleżą.
Chcę się bawić.
Ja tego potrzebuję i Miniczłowiek też. 
Póki jeszcze jest Miniczłowiekiem i choć bardzo mnie kocha nie może mnie wziąć na opa, nad czym strasznie ubolewa. Niedługo, szybciej niż mi sie wydaje nie będzie już taki mini. Co wtedy, jeśli powie mi, że on już nie chce? Że woli do kolegów? Chcę łapać chwile.



Na szczęście to marzenie mogę spełnić. Jedno jedyne i największe.