expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 26 kwietnia 2017

Skreślona z listy




Chciałam Ci coś obiecać synku. Coś, co siedzi we mnie od jakiegoś czasu głęboko i co nie daje mi spokoju. 
Różnie może być. Możesz całe życie mieszkać za ścianą, bądź wyjechać na drugi koniec świata w poszukiwaniu miłości, wykształcenia, pracy, czy końca tęczy. Kto wie, co Ci w głowie zawita. Nie będę chciała się temu sprzeciwiać.Wiadomo, że moja egoistyczna część matczynego ja będzie chciała mieć cię jak najbliżej a ta ambitna będzie chciała byś osiągnął niewiadomoco. Tak już mamy my  matki zazwyczaj. Nie ma w tym nic dziwnego, więc nie oburzaj się. Kijem Wisły nie zawrócisz. I nie będę tutaj deklarować, że nie sprzeciwię się jakiemuś pomysłowi wyjazdu do Chin autostopem na przykład, bo nie wiem. Na dzień  dzisiejszy powiedziałabym że nie, ale kto wie? Może nurkowanie z rekinami jest świetnym pomysłem, sama chciałam kiedyś, jeszcze zanim się pojawiłeś. Nie wiem natomiast, czy będę wniebowzięta, gdy na taki pomysł wpadniesz. Wiem za to coś innego. 

Nigdy, przenigdy nie odstawię Cię na boczny tor.
Co za banał prawda?
Niby banał, ale posłuchaj.

Cały czas staram się rozmawiać. Wiem, że relacja matki z niespełna czterolatkiem ma niewielkie pole do popisu w tym zakresie, jednak już od początku staram się Ciebie przyzwyczaić do rozmów, szczerości i otwartości wśród najbliższych. Owszem, niewyparzona gęba przysporzyła mi wielu wrogów, ale z perspektywy czasu chyba na palcach jednej ręki wyliczyłabym sytuacje, w których dziś zachowałabym się inaczej. Mam więc nadzieję, że ten nawyk rozmowy i nie pozostawiania niezałatwionych spraw i niedopowiedzianych słów u Ciebie też zaprocentuje. Może mniejszą liczbą przyjaciół, ale z pewnością lepszych.

Jak tata wyjechał na leczenie nie ściemnialiśmy Ci, że jest w pracy, czy  na wycieczce. Miałeś niecałe dwa lata i decyzja o szczerości nie była łatwa. Baliśmy się, że odbije się to na Twojej psychice. Jednak tak samo mógł się odbić na niej niespodziewany wyjazd taty na udawane wakacje, bez pożegnania. Zaryzykowaliśmy i opłacało się. Cała sytuacja pozwoliła nam na normalniejsze życie, niż gdybyśmy udawali przed Tobą, że tacie nic nie jest. Zresztą prawda kiedyś wyszłaby na jaw i mogłoby to mieć gorsze skutki, niż pozornie okrutne uświadomienie Cię, że tata miał wpadek i teraz będzie mieszkał przez jakiś czas w szpitalu.


Kiedy się mieszka daleko od rodziny i przyjaciół z dzieciństwa dzieją się ciekawe rzeczy. Na początku z pompą anonsujesz każdą wizytę w rodzinnych stronach. Chcesz zobaczyć się z każdym. Uczestniczyć w imprezach, ślubach, urodzinach, spotkaniach paczki. Z reguły nie jest to trudne, póki nie zakładasz własnej rodziny. Później codzienność spycha na drugi plan chęć albo możliwość uczestniczenia w każdym wydarzeniu. Często brak czasu, urlopu, sił. Zawsze w gronie przyjaciół i rodziny znajdzie się ktoś, kogo widzisz mniej,  rzadziej. Z czasem kontakt się urywa. Ty się zmieniasz, zmieniają się też inni. To nieuniknione. Dorastamy, dojrzewamy, starzejemy się. Zmieniają nas okoliczności, praca,  poziom ekonomiczny i uczuciowy życia. Zostajemy wchłonięci przez to co nas otacza i jest to proces zupełnie naturalny. W pewnych sytuacjach zdajemy sobie sprawę, że pewne osoby skreśliliśmy z listy osób koniecznych w naszym życiu, pewne osoby skreśliły nas. Nie ma w tym żadnej złośliwości, po prostu okazuje się, że nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. A może i tak, jednak bardzo rozbiegają się w międzyczasie.

Kiedy prawie sześć lat temu rozwaliłam się gdzieś między jakimiś dwiema niewielkimi wiochami w Hiszpanii, przed władowaniem mnie do helikoptera błagałam ze łzami w oczach sanitariuszy, żeby koniecznie zabrali z wraku moje telefony. Obydwa. Bo ja muszę mieć kontakt z ojcem. Bo jeśli nie zadzwonię, to będzie myślał, że coś mi się stało. Goście pewnie pomyśleli, że mają przed sobą wariatkę, bo stało się, ale do mnie wówczas jeszcze nie dotarło. W sumie myślałam tylko o tym, jak tato się poczuje i ile się nerwów  naje, jeśli ten telefon zaginie i on będzie dzwonił a nikt nie odbierze. Wiedziałam, że jeśli odbierze ślubny znajomy, który na tamtą chwilę umiał po polsku mniej więcej mee, bee i kukuryku, co zresztą do dnia dzisiejszego niewiele się zmieniło, to i tak się nie dogadają na stówę, ale przynajmniej nie będę  zaginiona i bez wieści. Z moim tatą rozmawialiśmy o wszystkim. Od zawsze. Właściwie  nie mieliśmy chyba żadnych tematów tabu. Na pewnym etapie otwarcie opowiadał mi nawet o swoich wybrykach z młodości, o których jako dziecko (choć już dorosłe) teoretycznie nie powinnam wiedzieć. Zawsze powtarzał mi, że chce ode mnie usłyszeć prawdę, że choćby była najgorsza, to chce ją poznać ode mnie, nie od wrednego sąsiada. Tak też było. Nie było to bezstresowe i bezkrytyczne wychowanie, oj nie. Nieraz miałam ochotę cofnąć słowa i obiecywałam sobie, że nigdy więcej się do czegoś nie przyznam, po wysłuchanej reakcji. Jednak nawyk był silniejszy. Po prostu  uważałam, że tak trzeba, że tak powinno być i że tak jest dobrze. I było. Nie było paniki. Był raczej spokój i zaufanie, że nikt nikogo nie oleje, gdy coś się będzie działo. Kiedy dwa dni po rzeczonej sytuacji z sanitariuszami zadzwoniłam do domu, opisałam tacie swoje obrażenia. On natomiast odpowiedział, że skoro mówię mu to sama, tak spokojnie to ufa, że nic nie ukrywam. Zapytał, czy ma wsiadać w samolot. Odmówiłam tłumacząc, że póki nie jestem na oddziale nawet nie będzie mógł zbytnio mnie zobaczyć, a jak już mnie na oddział przeniosą będzie to niepotrzebna katorga dla nas obojga. Opisałam warunki w jakich przybywałam, by go uspokoić. Stwierdziłam że owszem chcę, żeby przyleciał, ale niech się wstrzyma do momentu, aż go o to nie poproszę. On uszanował moją decyzję. 



Całkiem niedawno  zorientowałam się, że ktoś bardzo dla mnie ważny skreślił mnie ze swojej listy. Nie tyle z niej usunął, co z pierwszego bądź jednego z pierwszych miejsc odstawił na boczny tor. Gdzieś na koniec ogonka. Żeby mnie nie denerwować, żebym nie rzuciła wszystkiego, nie wsiadła w samolot bez sensu.  Podjął decyzję za mnie. Po prostu potraktował mnie, jak mniej więcej dalszego znajomego, któremu nie ma co dupy zawracać swoimi problemami. Zabolało. Poczułam się odrzucona, nieważna, skreślona. Tak egoistycznie piszę. Egoistycznie i szczerze. Mam pretensje? Nie. Po prostu boję się. Teraz, jak nigdy wcześniej boję się, że zabraknie tej osoby a ja po prostu dowiem się o tym na końcu. Jak reszta dalekich znajomych. Nie jestem na to gotowa. Chyba nigdy  nie będę.



Także kochany synku obiecam Ci z pewnością wiele innych rzeczy. Jednak to jedno obiecuję Ci dziś. Nie skreślę cię z listy, nie odstawię na boczny tor i będę miała do ciebie zawsze na tyle zaufania, że podzielę się z tobą każdą ważną informacją.
Nie mam zamiaru zatrzymywać dla siebie informacji o swoim stanie zdrowia, czy istotnych zmianach w moim życiu. By Cię nie martwić, czy nie zawracać Ci dupy. Uważam, że masz prawo wiedzieć i  z tą wiedzą zrobić co uznasz za słuszne. Nie mam zamiaru wymagać nigdy "Rzuć wszystko i chodź tu" Choć nie wiem, może nadejdzie w życiu taki moment, kiedy tego właśnie będę potrzebowała. Wówczas powiem ci o tym, bo uważam, że tak trzeba. Jesteś, byłeś i będziesz zawsze dla mnie najważniejszy na świecie. Mam nadzieję, że uda nam się zbudować taką nić porozumienia, że kiedy powiem coś takiego (jeśli do tego dojdzie) zrozumiesz, że to nie despotyczne żądanie, tylko wyrażenie głębokiej potrzeby. Jeszcze mamy przed sobą ładnych parę lat, by tą relację budować i mam nadzieję, że Cię nigdy nie zawiodę.

Mam zamiar być twoją mamą nie przez osiemnaście lat, ale przez całe moje życie i nie na wyrywki  i kiedy uważam za słuszne tylko zawsze, wszędzie i dwadzieścia cztery na dobę.
A jak mi odbije i będę wygłaszać jakieś supermądrości, że wiem lepiej niż lekarze i w ogóle jestem niezniszczalna kingbruslikaratemiszcz to wykop kochanie ten tekst i rzuć mi nim w twarz. Nic w internetach nie ginie, więc będzie tu bezpieczny. Bo dzieckiem swoich rodziców nie przestaje się być przez założenie obrączki na palec, czy zdobycie kilku tytułów przed nazwiskiem. Dzieckiem się jest całe życie.


I zupełnie nie martw się, gdy powiem że to brednie i tekst pisany sto lat temu. Rzuć mi nim w twarz jeśli będzie trzeba dziesięć, czy pięćdziesiąt razy. W końcu dotrze. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Genialne w swojej prostocie, w zasięgu ręki. Jak przestać być niewolnikiem własnego życia.




Od jakiegoś czasu szanuję swoją pracę, swój wysiłek, swój czas. 
W moim przypadku cała sprawa ma podwójne dno i może kiedyś zdecyduję się o tym napisać, ale jeszcze nie dojrzałam do tego i może nie dojrzeję. Zmęczenie materiału  prowadzi do wielu nieprzyjemnych konsekwencji. Przekonałam się o tym niestety na własnej skórze. Bez jednak głębszych refleksji, zwyczajnie po prostu krótko opowiem ci o tym, dlaczego nie ma sensu się zajeżdżać. O tym, że można naprawdę normalnie żyć i nie być niewolnikiem własnego życia. Bo przecież można rzucić pracę, męża, wyjechać do Tybetu i zacząć od nowa. No pewnie. Ale można też zrozumieć, że większość naszych niedorzecznych wręcz niewolniczych zachowań i powodów do narzekania to nic innego, jak konsekwencja naszego postępowania.

Wieczne marnowanie dnia na sprzątanie, ogarnianie odeszło w zapomnienie. Jest to może nie tyle system, co stan umysłu. Przyjęłam pewne zachowania za normalne i tyle. Poniedziałek jest dniem z książką. Po ostatniej wizycie w kraju mam sporo takich poniedzałków w planach, zaopatrzyłam się w dużą ilość materiału. Czwartkowe popołudnie jest dniem uciekającej matki. Uciekającej na kawę z koleżanką, na kolację z dziewczynami, do kina, na zakupy w samotności  bądź po prostu na samotny spacer. Wieczne ogarnianie i wojowanie z mopem, bycie na posterunku 24 na dobę też już olałam. Pierwszym krokiem było zrozumienie, że fuszerka i bycie niewolnikiem  własnego życia do niczego nie prowadzi. Fuszerka i owszem może się sprawdzić w sytuacjach wyjątkowych, jak niezapowiedziane wizyty, ale nie na co dzień. Pisałam o tym tutaj.
Dziś zatem o drugim równie ważnym, jeśli nie ważniejszym kroku do osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Współpraca. Współpraca domowników. Nie jesteś niewolnicą swoich dzieci, ani męża. Ja też nie. Dlatego też pomoc w domowych obowiązkach nie jest z ich strony żadnym łaskawym ludzkim odruchem. Jest ich obowiązkiem. Po prostu. Diabeł tkwi w szczegółach i wypracowaniu nici porozumienia. To znaczy sposobu skutecznej komunikacji.
Tutaj musisz ruszyć głową, uruchomić wyobraźnię. Przecież znasz swojego faceta, wiesz jakie argumenty i sposób ich przekazania do niego trafia. Znasz swoje dzieci, wiesz jak z nimi rozmawiać. Pomyśl więc i do dzieła.

Jeśli wstawię pranie wychodząc do pracy i zostawię  karteczkę, by ktoś je rozwiesił, to nikt tego nie zrobi, wiadomo, nie widzieli karteczki. Jakie to normalne. Jednak wstawiam pranie wychodząc do pracy i po prostu dzwonię do męża mówiąc, że pralka właśnie skończyła i trzeba wywiesić pranie. I koniec. Jak wrócę z pracy powinno być suche. Zazwyczaj jest tak, że gdy wchodzę w drzwi właśnie kończy wieszać, albo już skończył, ale nie ma mowy, by było suche. Ale powiesił. Nie od początku oczywiście był skłonny do współpracy. Wiadomo, małżonek to specyficzny gatunek. Zdarzyło się kilka potyczek o niewykonane zadania. Tutaj nazywam je zadaniami, ale w rozmowie z nim to są oczywiście prośby o pomoc i szanowanie mojej pracy. Działa. Nie, nie jest to manipulacja. Po prostu dzwoniąc grzecznie i miło proszę o pomoc. W sumie to nie powinnam, bo to jego obowiązek, ale nic mi nie ubędzie,  gdy poproszę, a bycie sierżantem we własnym domu jest męczące i do niczego nie prowadzi (tak, wcześniej próbowałam też tej metody, zawiodła)
Podobnie jest z np obiadem. Telefon z zapowiedzią "Kochanie obierz ziemniaki, za godzinkę będę, mam już przygotowane mięso, zjemy  razem" Zazwyczaj działa lepiej niż zostawiona na blacie kartka "Obierz ziemniaki na 13:00" . Przecież on zapomni, nie zobaczy kartki, nie będzie miał czasu itp. 
"Nie zapomnij o wannie i umywalce i rozwieś dobrze ręcznik" Tak brzmi trochę, jak rozmowa z pięciolatkiem, ale w takich dla nas oczywistych a dla nich totalnie abstrakcyjnych zachowaniach trzeba wyrażać się prosto, jasno i zrozumiale. I nie tydzień  wcześniej, tylko właśnie kiedy idą się kąpać. Po prostu. Nie ma w tym drugiego dna. Nie ma też konieczności, żebym, po kąpieli tatusia i synusia musiała pędem zapierniczać do łazienki ratować armagedon. Jeśli jednak nie powiem,  to będzie oczywiste, że nie zrobi. W końcu oni tak mają, nie umieją się domyślać o co nam babom chodzi. Więc zamiast  wiecznie narzekać, trzeba to zaakceptować i przypomnieć co mają zrobić.
Sposób na pozbycie się mężowych ciuchów (Kiedyś takie skarpetkowe kwiatki były w moim domu stałym gościem) Niespodziewanie moje dziecię przyszło mi z pomocą. Po co tłumaczyć staremu, że musi dawać dobry przykład dziecku wrzucając brudy na swoje miejsce, skoro można zrobić na odwrót? Gdy tylko młody osiągnął odpowiedni wiek (jakieś dwa lata miał, może mniej) nauczyłam go bardzo szybko, że zdejmowane ciuchy idą prosto do kosza na brudy, nie w inne miejsce. Jako, że dziecię nie miało złych nawyków przyjęło to za coś normalnego i teraz to on nie ja, goni tatusia, gdy zdarzy mu się jakiegoś kwiatka pod łóżkiem zostawić. W każdym szaleństwie jest metoda. Byleby była skuteczna.
Każda z nas ma możliwość wyegzekwowania współpracy w domowych zadaniach bez właściwie wielkiego wysiłku. Jedyne co potrzeba to odrobina cierpliwości i wypracowanie nawyków.
W poniedziałki czytam, piszę, robię sobie swoje rzeczy. Nie robię obiadu. Jeśli ślubny nie zrobi, to po prostu obiadu nie będzie. Zwyczajnie. I nie ma co się pluć. Już zrozumiał. W poniedziałki pracuję dłużej i w południe wpadam do domu tylko na dwie godziny, więc albo mam gotowy obiad, albo coś przegryzę. Na pewno nie stanę przy garach. Zrobię sobie kanapkę i zjem czytając książkę. Na początku nie było to takie oczywiste. Zdarzyło się, że  ślubny zastał mnie z kanapką w ręku, książką i kawą. Podczas gdy w zlewie szalały miliony talerzy a na obiad  nie było nic. "Co robisz?" "Czytam" . W końcu załapał. Przecież też mam prawo. 
Nie masz czasu na kąpiel w samotności? Dlaczego? Od jakiegoś czasu gdy mam chęć na godzinkę w wannie z peelingiem, depilatorem, książką, czy inną babską maseczką po prostu mówię. "Zajmij się młodym, ja idę się wykąpać, jestem zmęczona" Kropka. Nie ma  zmiłuj. Podoba się, czy nie. Nie muszę być wiecznie na posterunku. Nie muszę być wiecznie w dobrym humorze i pełni sił. Ty też nie. To naprawdę jest prostsze niż by się wydawało. I wcale nie wymaga bałwochwalczych podziękowań ani nie wiadomo jakich innych zachowań. Jest naturalne. Dopóki jednak tego nie zrozumiesz wiecznie będziesz niewolnicą ściery, płynu do naczyń i własnych dzieci.
Ile razy małżonek powiedział ci, że nie zrobił czegoś o co prosiłaś, bo nie zdążył? Bo nie miał czasu? Ty też masz prawo nie zdążyć, nie mieć czasu. Ot tak. Wierz mi, to nie jakiś potwór, tylko mąż. Zrozumie. Może nie pierwszego dnia, ale w końcu nie ohajtałaś się z tępym workiem kartofli. Czasami po prostu on woli usiąść na kanapie i nie widząc żadnych oznak sprzeciwu z twojej strony pozwala, byś odwaliła całą domową robotę. W końcu skoro nie protestujesz to znaczy, że nie ma w tym nic złego. Nie, nie chodzi mi o protest w formie awantury. Czasami zwyczajne, grzeczne i stanowcze stwierdzenie jest dużo efektywniejsze. Tak normalne, jak to że on właśnie wychodzi może się stać to, że ty wychodzisz. Trzeba się tylko nauczyć przestać być niewolnikiem własnego życia i własnych niewolniczych przyzwyczajeń. 
Oczywiście nic na siłę. Znam sporo osób, które stwierdzą, że "Jak mam tysiąc razy powtarzać, to wolę sama zrobić" I rozumiem. Rób. Twój wybór A ja w tym czasie wypiję kawę i poczytam, albo wyskoczę na shopping. Powodzenia!
Więc jak? Którą wersję siebie wolisz?