expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 6 maja 2017

O tym, jak postanowiłam utrzeć nosa schematom
































Dzwoni o czwartej nad ranem. Ciężko go nazwać budzikiem. O tej porze bardziej adekwatne określenie to narzędzie tortur. Pip pip pipipip. Pip pip pipipip. Zazwyczaj słyszę już pierwsze pip. Dobijacz ustawiony na 4:05 wyłączam już w łazience. Wciągam tabsa, zapijam szklanką wody. Przystępuję do codziennych rytuałów bez ustanku klnąc w myślach nad okrucieństwem świata. W międzyczasie potykam się z pięć razy o samochody, klocki lub traktory, czyli standardowe elementy toru przeszkód skrupulatnie przygotowanego przez moje dziecię poprzedniego wieczoru. Szczoteczka od tuszu do rzęs programowo ląduje na mojej źrenicy wywołując kolejną falę coraz bardziej wyszukanych epitetów. Jeszcze tylko kilka soczystych przecinków towarzyszących spadającym z półki kremom. Każdego poranka dają mi lekcję poświęconą grawitacji i efektowi domino i można przemknąć przez sypialnię w kierunku schodów na dół, próbując oczywiście przy tym nie nadepnąć psa w panujących ciemnościach. Gotowa na spotkanie z nowym dniem. 


Wróć.



Dlaczego każdy dzień ma się tak beznadziejnie zaczynać?  Weź się w garść, zrób coś z sobą.  Nie wiem, rzuć robotę, czy cokolwiek. Przecież w ten sposób można tylko zwariować.
Można.
Chodź opis porannych czynności zazwyczaj wywołuje choćby cień uśmiechu na twarzy słuchacza, a nagranie go z pewnością rozbawiło by niejednego do łez. To jednak nie jest kabaret. Tylko moja prawdziwa, najprawdziwsza codzienność.
Co robić więc?
Rzucić to w diabły?  Szukać czegoś innego?
Można.
Większość z was przez sporą część roku wstaje, gdy jeszcze jest ciemno i wraca do domu, gdy już jest ciemno. Ogląda wschody słońca tylko raz na czas w nadmorskich kurortach, a są i tacy, którzy w swojej karierze nie widzieli żadnego. W momencie, gdy mi pyka już osiem godzin i pomykam do domku na obiad i sofing (w równoległej rzeczywistości oczywiście, w tej mojej to raczej moping i odkurzing na przykład) wy wracacie z szybkiego lunchu, albo jesteście tuż przed nim, z perspektywą ładnych kilku godzin pracy przed sobą.
Jednak zrozumienie, że ucieczka w poszukiwaniu nowej pracy nie jest rozwiązaniem zajęło mi około roku. Rok męczarni, wyklinania wszystkiego co możliwe i użalania się nad sobą. A przecież można polubić czwartą nad ranem. 

Serio.
Owszem wiąże się to z różnymi wyrzeczeniami. Ale tak naprawdę chyba praca w jakimkolwiek systemie się z nimi wiąże.

Musiałam jednak do tego dojrzeć. Zrozumieć.
Przestałam planować to wszystko co zrobię, gdy młody pójdzie spać. Zazwyczaj odpadałam razem z nim, po czym wściekła budziłam się o północy, w wygniecionych ciuchach. Z odbitym na brzuchu paskiem od spodni i kolczykami wkomponowanymi w twarz, makijażem na poduszce i kapciem w buzi. Leciałam pod prysznic ze świadomością, że za cztery godziny dzwoni budzik. 

Relaks pełną gębą. 
I tak właściwie codziennie. Aż zrozumiałam, że mój dzień powinien się kończyć po dobranocce. Teraz młody usypia obok wykąpanej mamy, która jedyny plan jaki ma na później to obrócić się na drugi bok, ewentualnie poczytać coś dla relaksu do poduszki.
Szkoda może tych wszystkich ambitnych planów, jakie mają rodzice na "kiedy dzieci pójdą spać" . Ale nie oszukujmy się,  połowa z nich i tak odpada pół godziny później. Ja po prostu robię to świadomie. 
Filmowe wieczory były zawsze moją ulubioną rozrywką. Jednak wcale nie muszę z nich rezygnować. W końcu mam swój dzień wolny. Nie jest to co prawda niedziela, ale z moim życiem religijnym kiepsko, więc nie ubolewam specjalnie nad tym faktem. Wymyśliłam za to coś lepszego. Zamiast zalegać przed telewizorem, jeżdżę do kina. Że też wcześniej na to nie wpadłam. Tym sposobem mam też kilka godzin tylko dla siebie. Bez chłopaków i ich nieustannych potrzeb.
Opracowałam sobie system, który działa. Zaakceptowałam zwyczajnie zmianę rytmu. Mój dzień ma siedemnaście godzin. Czyli mniej więcej tyle samo co wasz. To,  że zaczyna się kilka godzin wcześniej nie jest wcale takie złe. Przeciwnie, ma jeden ogromny plus. Otóż zanim się dobrze dobudzę jestem już prawie w połowie godzin pracy. To prawie jak pracować na pół etatu, a kasować za cały.
Zawsze mogę zjeść obiad w domu. 

Zawsze mogę odebrać dziecko ze szkoły. 
Zawsze mogę wyskoczyć gdzieś po południu.
Zawsze mogę obejrzeć wschód słońca.
Zachód też.
Zawsze mogę też zmienić pracę, jeśli stwierdzę że ten system jednak nie działa. Ale nie jest to jedyne rozwiązanie. Można zamiast narzekać, po prostu polubić swój rytm i zaakceptować go.
Sporo czasu zajęła mi akceptacja rzeczywistości. Dla większości z was codzienna pobudka o czwartej nad ranem brzmi jak hasło z horroru, dla mnie też tak brzmiało. 
Zbyt długo. 
Kluczem do zrozumienia i osiągnięcia własnego komfortu stało się stworzenie listy plusów i minusów oraz dostosowanie do tej listy mojego porządku dnia. Okazało się, że minusów jest mniej niż plusów. Po raz kolejny szklanka do połowy pełna jest lepsza od tej do połowy pustej.
Dlaczego o tym piszę?  W konsekwencji pewnej rozmowy z dziewczyną, która z kolei pracuje w korporacji.  Pracuje długo. Prawie nie bywa w domu. Ma za to możliwość bywania na wszystkich teatralnych premierach w ramach swojej pracy. Ma możliwość obcowania z ludźmi ze świata sztuki. Ma ogromne wynagrodzenie i corocznie dwukrotnie wakacje gdzie sobie zamarzy. Porusza się taksówkami opłaconymi przez pracodawców. Nie ma wolnych weekendów. Ma wolne poniedziałki, czyli prawie tak jak ja. Zanim z mężem i dwiema córkami zrozumieli i zaakceptowali ten rytm ona zmieniła pracę dwa razy,  mniej więcej z tym samym skutkiem ze względu na branżę. Prawie się rozwiedli raz. Starsza córka oskarżyła ją, że jest w domu gościem nie matką jakiś milion razy. Wszystko z powodu braku czasu na zrozumienie i stworzenie systemu.
Pewnego dnia razem usiedli ( wiek dzieci w ich przypadku pozwala i wręcz przemawia za wdrożeniem ich w takie rozważania) i sporządzili listę plusów i minusów, jakie wynikają z pracy mamy.
Teraz po wielu miesiącach udręki są szczęśliwi i w końcu korzystają z życia ciesząc się tym, co wcześniej wyglądało na wady.

Dzięki Carol za podzielenie się ze mną tymi spostrzeżeniami i troskami przed opracowaniem systemu.
Przy okazji tej rozmowy przypomniała mi się też inna osoba. Znajoma samotnie wychowująca dwóch synów o dużej różnicy wieku. Tamta z kolei po drugim rozwodzie wróciła do domu rodziców z jednym dzieckiem nastoletnim a drugim nie mającym jeszcze roku. Żałowałam jej strasznie do chwili, gdy odważyłam się wpaść na kawę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam świetnie działającą rodzinę, która była radosna i mimo moim zdaniem kiepskich warunków mieszkaniowych i ekonomicznych naprawdę szczęśliwa. To nie było udawane. W tym domu po prostu czuło się wzajemną akceptację i szacunek. Pytałam, czy nie zastanawiała się nad wykorzystaniem swoich umiejętności zawodowych i zmianą pracy na coś lepiej płatnego i w zawodzie. Odpowiedziała mi,  że na tą chwilę praca, która nie absorbuje jej psychicznie mimo ewidentnych minusów finansowych jest dla niej idealnym rozwiązaniem. 



Ja byłam wówczas na etapie samotnych wojaży i mieszkania w walizce. Mimo że kompletnie nie rozumiałam, jak to jest mieć dzieci, obraz tej rodziny wrył mi się w pamięć na zawsze. To właśnie ona powiedziała mi o tym, że myśląc o sprawach zawodowych sporządziła listę za i przeciw. Brzmiało banalnie. Jednak czasami te najprostsze rozwiązania są tymi najlepszymi.





Jeśli masz podobnie może warto usiąść i zrobić bilans? 
Jeśli okaże się, że plusów nie ma,  bądź jest ich niewiele, może czas na zmiany? 
A może po prostu warto polubić czwartą nad ranem?